czwartek, 16 lipca 2015

Rozdział 11

Spoglądałam z niedowierzaniem na Szatyna.
Nie. Nie. Nie.
To musiał być jakiś chory żart. Nie zgadzam się na to.
- Coś nie tak? - Spytał uprzejmie, odwracając się w moją stronę. Jego brwi były uniesione wysoko, widząc mój zacięty wyraz twarzy.
- Nie, wszystko jest... w porządku. - Mruknęłam niechętnie, przenosząc ciężar z nogi na nogę. Czułam się skrępowana w towarzystwie obcych ludzi, a tutaj, w ciągu naprawdę krótkiego czasu poznałam ich stanowczo zbyt wiele. W dodatku moja kultura nakazywała mi być miłą i uprzejmą zawsze, nawet jeśli miałam ochotę na zupełną tego przeciwność. Tak jak na przykład teraz, gdy miałam ochotę wykopać z tego domu Malika i jego kolegę "chirurga". - Po prostu Zayn nie uprzedzał mnie, że... - Wzruszyłam ramionami w niewinnym geście, nie będąc pewną jak powinnam skończyć to zdanie. Czy on w ogóle zdawał sobie sprawę, że to nielegalne, pomijając już fakt, że niebezpieczne? I ten chłopak. Jeśli naprawdę jest po studiach medycznych, powinien zdawać sobie sprawę, że wykonywanie zabiegów chirurgicznych w domowych warunkach jest po prostu lekkomyślne, by nie powiedzieć zwyczajnie głupie.
- Oh. - Liam podrapał swój podbródek, przechylając głowę nieco w prawo. Prawdopodobnie czuł się równie niezręcznie w tej sytuacji co ja. - Hm. Teoretycznie, mogłem po prostu coś pomylić. Najlepiej pójdę spytać Zayna o co chodzi. - Posłał mi przepraszający uśmiech, po czym wycofując się wgłąb korytarza zniknął z zasięgu mego wzroku.
Oparłam się z rezygnacją o wyspę kuchenną, zaciskając ze złości dłonie w pięści. Przy Mulacie naprawdę często można odnieść wrażenie, że stara się kontrolować każdy aspekt twojego życia. Staram się go rozumieć, ale to zaczynało być frustrujące. Zwłaszcza, że jasno zaznaczyłam, jakie jest moje zdanie w tej właśnie kwestii.
- Vanessa. - Podniosłam głowę, mierząc wzrokiem Mulata stojącego w progu kuchni. Prawdę mówiąc, nawet nie zauważyłam kiedy pojawił się tuż obok mnie.
- Zayn. - Mój głos zdawał się brzmieć zbyt chłodno, nawet jak dla mnie. Malik jednak zdawał się tego nie zauważać, lub może po prostu to ignorował. W jego przypadku obie możliwości są równie prawdopodobne, a nawet skłaniałabym się bardziej ku tej drugiej.
- Widzę, że poznałaś już Liama. - Zauważył, szczerząc zęby w jednym z tych jakże irytujących, sztucznych uśmiechów. Skinęłam zniechęcona głową, wiedząc do czego zmierza. - To się dobrze składa. Liam jest chirurgiem plastycznym i może zszyć ci tą okropną ranę tutaj, na miejscu.
- Cóż, na starcie zaznaczę, że dopiero się uczę. Mój ojciec ma klinikę w Miami i można powiedzieć, że jestem... stażystą? Coś w tym rodzaju. - Przez twarz Liama, przebiegł delikatny rumieniec, on sam wyglądał na dość speszonego. W innych okolicznościach na pewno uznałabym to za urocze, a jego samego za sympatycznego, ale nie teraz, gdy za chwilę stanę się jego królikiem doświadczalnym.
- Uhm, jasne. - Powiedziałam sucho, odbijając się od blatu. Miałam dość towarzystwa Zayna i naprawdę potrzebowałam odrobiny czasu w samotności, by się uspokoić. Do tego sam fakt, że chce oddać mnie w ręce niedoświadczonego stażysty budził we mnie mdłości. Naprawdę moje zdrowie tylko tyle dla niego znaczy? Jeśli dostanę jakiejś gangreny lub martwicy to na pewno ten chłopak z przyjemnością stanie za to w sądzie.
- Gdzie idziesz? - Skrzywiłam twarz, czując mocny uścisk na ramieniu. To było tak przewidywalne.
- Przebrać się. Spodnie zasłaniają ranę. - Prychnęłam, wyrywając się spod jego dotyku. Przez ułamek sekundy mierzyliśmy się wzrokiem, a ja nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że w spojrzeniu Zayna dostrzegłam coś, jakby... przestrogę?
- Więc idź. - Rzucił w końcu obojętnie, nie zaszczycając mnie więcej nawet spojrzeniem. Czyli wracamy do punktu wyjścia, Zayn. 
Poszłam do siebie, gdzie przebrałam się w jedną z nielicznych sukienek jakie posiadałam, i usiadłam na skraju łóżka, krzyżując nogi w kostkach. Nie miałam ochoty schodzić na dół i mierzyć się z tym, co niewątpliwie zgotował mi los, więc postanowiłam czekać, aż sami przypomną sobie co Liam miał zrobić. Jeśli sobie nie przypomną, to też nie będę narzekać, na pewno nie.
Po pół godziny doszłam do wniosku, że bezczynne siedzenie w miejscu bywa frustrujące i na pewno męczące. Byłam znudzona, ale moja desperacja nie sięgała jeszcze tak daleko, by zejść na dół. Po prostu siedziałam dalej, patrząc w dal.
W miarę upływu czasu, rozglądałam się po pokoju, zastanawiając się przy tym, kiedy tak faktycznie stanie się on "mój". Wiedziałam, że czysto teoretycznie jest, ale nadal nie czułam się tu jak u siebie. Pomijając fakt, że w całym domu czułam się jak intruz, to tutaj szczególnie odczuwałam swoją odrębność. Może to przez to, że sypialnia sprawiała wrażenie bezosobowej, mimo choć stanowczo była dziewczęca. Powinnam czuć się tu bezpiecznie, powinna być ona odbiciem mnie, a tymczasem czułam się tu obco i nie na miejscu. Byłam pewna, że Zayn musiał przygotowywać dla mnie wcześniej to pomieszczenie. Był to jedyny pokój w całym domu, o różo-białej, pastelowej kolorystyce i z niezliczoną ilością poduszek na łóżku. Poniekąd to było słodkie, że chłopak tak się starał, a poniekąd dość przerażające, że tak kiepsko mu poszło z wyborem odpowiednich kolorów do pokoju dla nastolatki. Wszystko to przypomniało mi słowa Zayna podczas kłótni z Perry. Być może Brunet naprawdę nie wiedział, że mam szesnaście lat. Rozglądając się po tym pomieszczeniu, można było dojść do wniosku, że był on przygotowany bardziej pod sześcio, niż szesnastolatkę. No, może jak dla bardzo dojrzałej i cholernie bogatej, snobistycznej sześciolatki. Nie chodzi o to, że był dziecinny, bo nie był, ale sypialnia niezaprzeczalnie była dziewczęca, i naprawdę ciężko było uwierzyć, by to wszystko było jego pomysłem. Bardziej byłabym skłonna uwierzyć, że jego była dziewczyna dekorowała ten pokój. Pod siebie.
- Vanessa? - Drgnęłam, słysząc męski głos tuż obok mnie. Odwróciłam twarz w prawo, spoglądając ze znużeniem na Liama. - Pukałem, ale nie odzywałaś się. Przepraszam, nie chciałem wchodzić bez pozwolenia. - Jego twarz zdobił delikatny rumieniec, utwierdzając mnie jedynie w przekonaniu, że chłopak mówi prawdę. Szatyn był naprawdę uroczy z tym swoim wszechobecnym rumieńcem, i choćbym chciała, nie miałam żadnych powodów, by być dla niego niemiłą. Nawet jeśli zaraz jak najbardziej celowo wbije mi igłę w skórę.
- To ja przepraszam. Po prostu się zamyśliłam. - Przyznałam szczerze, obracając w dłoniach puchową poduszkę.
- Pokój niczym dla księżniczki. - Skwitował, mierząc wzrokiem pomieszczenie. - Cóż, muszę przyznać, że Perry się postarała. - Przybiłam sobie w myślach piątkę. To wyjaśniało ten wyrachowany wygląd tego miejsca.
- Taaak, jest... całkiem ładny. - Przyznałam szczerze, bo mimo wszystko nie było to złe. Nie w moim stylu, ale na pewno nie złe.
- Więc, jesteś gotowa? - Spytał, posyłając mi niepewne spojrzenie. Skinęłam potwierdzająco głową, czekając na dalsze instrukcje. Cały ten plan naprawdę mi się nie podobał, ale jak zwykle nie miałam tu zbyt wiele do gadania. - Zayn wspominał coś o tym, że boisz się igieł? - Nie odpowiedziałam, wbijając wzrok w ścianę za Paynem. W tym momencie musiałam wykazać się naprawdę silną wolą, by nie wyrzucić go za drzwi, a sama nie pójść do Zayna i powiedzieć mu co o tym myślę. Bo przecież bez znaczenia, że zaprzeczyłam mu, żeby tak było. On i tak wiedział swoje, i tą swoją urojoną wiedzę musiał, po prostu musiał przekazać dalej, by do reszty mnie upokorzyć.
- Nie boje się igieł. - Mruknęłam, posyłając chłopakowi przede mną wrogie spojrzenie. Bo przecież już nic bardziej dziecinnego nie mogłam zrobić. - Nie traktuj mnie jak dziecka. Po prostu to zrób i stąd idź.
- Uhm, tak jasne. Przepraszam. Nie chciałem cię urazić. - Rumieniec na twarzy Szatyna tylko się pogłębił, on sam zdawał się być jeszcze bardziej zestresowany. Szczerze powiedziawszy miałam to gdzieś, ale nie chciałam być wredna dla obcego mi chłopaka tylko dlatego, że Zayn mu coś powiedział. Co nawiasem mówiąc było prawdą, i chyba dlatego tak bardzo mnie irytowało. Na świecie jest tyle różnych fobii. Ludzie boją się pająków, wody, nawet psów. Ja oczywiście muszę bać się igieł. - Wielu pacjentów w klinice ojca boi się igieł, i to w stu procentach normalne, na pewno nie jest niczym złym... - Liam bezbłędnie odgadł co zaprząta mi głowę. Nie wiem, czy to miało być pocieszające, czy po prostu chciał rozluźnić atmosferę, ale jedynie wzruszyłam ramionami w jego kierunku.  - Może po prostu spojrzę na twoją nogę i powiem ci, co możemy z tym zrobić? - Zaproponował, na co skinęłam głową.
Już po chwili Liam klęczał na przeciwko mnie, odlepiając plaster z mojego uda.
- I jak? - Przegryzłam wargę, w oczekiwaniu na odpowiedź chłopaka. Muszę przyznać, że mimo wszystko trochę się stresowałam. Bądź co bądź, to jednak moja noga i ciężko mi było uwierzyć w uzdrowicielskie zdolności mojego chirurga- amatora.
- Uhm, jest to prawdopodobnie rana szarpana. Nie jest zbyt głęboka...
- Ale mimo wszystko lepiej to będzie zszyć. - Dokończyłam za niego, krzywiąc się w wymowny sposób.
- To znacznie ułatwi proces gojenia się rany, więc tak. Najlepiej będzie to zszyć. - Posłał mi szeroki uśmiech, kręcąc w rozbawieniu głową. Mimo że ja zachowywałam się w stosunku do niego- Cóż, nieodpowiednio, on zachował czysty profesjonalizm i naprawdę starał się być w stosunku do mniej okej. Powoli zaczynałam mieć wyrzuty sumienia, że zachowuje się w ten sposób, a przecież nie powinnam ich mieć. Nic złego nie zrobiłam. - Muszę zadać ci teraz kilka podstawowych pytań, w celu upewnienia się, że struktury pod powierzchnią skóry są nienaruszone i takie tam. To taka rutyna. - Wyjaśnił, siadając obok mnie. - W jaki sposób doszło do powstania rany? Mam na myśli narzędzie, i może okoliczności.
- Uhm, wywróciłam się, i upadłam na szkło. - Nie było to może najlepsze kłamstwo, ale zdecydowanie lepsze od prawdy. Słowa " Gdy uciekałam z domu przez kłótnie, podczas której między innymi Zayn uderzył swoją dziewczynę, rozcięłam nogę o rynnę. " nie brzmiały zbyt dobrze nawet w mojej głowie.
- Jesteś pewna, że to było szkło? To znaczy, to nie była typowa rana cięta, a szkło... - Zmarszczył brwi, dociskając wacik do brzegu nacięcia, wywołując grymas bólu na mojej twarzy. - Nieważne. Jesteś na coś chora, lub masz jakieś uczulenia?
- Mam astmę. Chyba tyle.- Przyznałam, wzruszając ramionami.
- Okej, więc Zayn mówił, że już wcześniej opatrzył ci ranę, ale na wszelki wypadek zrobię to jeszcze raz. - Widząc mój niepewny wyraz twarzy dodał. - Po prostu zbadam ją i oczyszczę. Muszę upewnić się, że żadne ścięgna nie zostały uszkodzone, lub nie masz jakichś pozostałości szkła. - Skrzywiłam się, słysząc wyraźny akcent przy słowie "szkło". Brzmiało to oskarżycielsko, i nie sposób było nie zgadnąć, że Liam mi nie ufa, i najprawdopodobniej myśli, że kłamię. W jakikolwiek sposób by na to nie spojrzeć, chłopak miał po części rację, więc nie zamierzałam w to dalej brnąć. Jeśli sam się o nic nie pyta, przemilczę to. Zayn i tak będzie mnie krył, a dla mnie było to bez znaczenia, za kogo ten chłopak mnie ma. - Okej, więc teraz możemy wziąć się za szycie. - Rzekł, rozglądając się za swoją walizką. Byłam autentycznie przerażona, gdy w końcu zauważył ją opartą o drzwi, a potem podniósł i ułożył równo na pościeli. W środku jak można się domyślić znajdowały się te wszystkie igły, nici i środki dezynfekujące. Wszystko to, czego do głębi nienawidziłam.
- Narzędzia są sterylne, pozostało tylko zdezynfekować ranę i miejsce wokół, ale może najpierw pójdę umyć ręce. - Mruknął, unosząc dłonie w wymowny sposób przed siebie.
- Jasne. - Uniosłam kąciki ust w górę, starając się wyglądać odrobinę pewniej, co raczej i tak nie wyszło mi zbyt przekonywająco. Prawdę mówiąc, byłam dość strachliwą osobą, odwaga i śmiałość były ostatnimi cechami, które można by mi przypisać. Widząc te wszystkie igły porozkładane równo w plastikowych osłonkach czułam się co najmniej zagubiona.
Stres wzrósł, gdy Liam wrócił zaszczyciwszy mnie promiennym uśmiechem, świadczącym o tym, że dla niego to była błahostka, a dla mnie prawdziwe wyzwanie.
- To wszystko jest na pewno konieczne? - Spytałam, mając nadzieje na jakiś cud.
- Nie, nie jest konieczne, ale ułatwi gojenie rany, i zostanie ci po tym mniej szpetna blizna. - Westchnął, siadając obok mnie. Przełożył moją nogę przez swoje kolano. tak by prawe udo leżało wprost na jego nogach, a lewe wyciągnięte za nim, stykając się z jego plecami. Nie była to zbyt komfortowa pozycja, ale na pewno nie najgorsza. Samo siedzenie w rozkroku w sukience było po prostu żenujące, tak jak nadmierna bliskość i trochę bolące plecy. Ostatnie mogłam przeboleć, ale podwijająca się stale sukienka stawiała prawdziwe wyzwanie, by nie uraczyć chłopaka widokiem mojej bielizny. Chłopak począł przemywać moją ranę i skórę wokół niej jakimiś substancjami, ale nazwy brzmiały zbyt obco, bym mogła je poprawnie wymówić, więc postanowiłam nie pytać go co to, by jeszcze bardziej się nie ośmieszyć.
- Tak, wiem. Wszyscy wokół mi to powtarzają. - Jęknęłam tylko, zauważając pokaźną strzykawkę w dłoni Liama. Zrobiło mi się niedobrze, widząc, jak przykłada to wielkie coś do mojej nogi. Machinalnie cała się spięłam. Gdyby nie Liam trzymający mocno moją nogę na pewno bym się odsunęła, co zresztą mimo wszystko próbowałam zresztą zrobić.
- Spokojnie, to tylko znieczulenie. - Posłał mi uspokajający uśmiech, przysuwając mnie bliżej siebie. - Postaram się, by bolało jak najmniej.
- D-dobrze. - Mój drżący głos zdradzał moją panikę, ale nie potrafiłam nad tym zapanować.
- Jeśli chcesz, możesz złapać mnie w pasie, i mocno ściskać, gdy poczujesz ból. - Liam zaproponował, chwytając moje dłonie w nadgarstkach i oplatając wokół swojego torsu. Chcąc nie chcąc ułożyłam czoło na jego ramieniu i mocno zacisnęłam oczy, zaraz jednak odskoczyłam, uświadamiając sobie istotny fakt. Szatyn zmarszczył brwi, posyłając mi pytające spojrzenie.
- Nie chce krępować ci ruchów. - Wzruszyłam ramionami, przegryzając wargę. Jeśli z powodu mojego komfortu to wszystko miałoby trwać dłużej... Nie, stanowczo nie.
- Właściwie to było mi całkiem wygodnie. - Posłał mi szelmowski uśmiech, na co uderzyłam go zaczepnie w ramię. Liam chyba wiedział co robi, bo odrobinę się rozluźniłam, i mój stres był zauważalnie mniejszy.  - No już, złap mnie. Nie chce byś mi tu zemdlała patrząc na to wszystko.
- Zaznaczam, że nie płacę za przeszczep wątroby, jeśli ci ją przypadkiem zmiażdżę. - Zażartowałam, ściskając go mocno w pasie, na potwierdzenie moich słów.
- Przeszczepy są refundowane. - Chociaż nie widziałam jego twarzy, czułam, jak się bezgłośnie śmieje, na co wskazywał jego drżący tors pod moimi dłońmi. - Okej, teraz cię odrobinę zaboli, ale nie zaciskaj mięśni. I staraj się nie ruszać nogą, dobrze?
- Mhm. - Mruknęłam, wbijając mocniej palce w skórę chłopaka.
- Więc na trzy. Raz, dwa... - Poczułam ukłucie, a po chwili mocne pieczenie w nodze. Nie zdążyłam nawet zareagować, bo po chwili było po wszystkim, i Liam wyciągnął strzykawkę z uda. Znieczulenie właściwie nie bolało aż tak, jak to sobie wyobrażałam, a sam moment wkłucia nastąpił zbyt szybko bym mogła rzeczywiście odczuć ten ból. Fakt, nie było to przyjemne, ale spodziewałam się czegoś znacznie gorszego.
- Mogłam to przewidzieć. - Sapnęłam, odchylając głowę do tyłu.
- W filmach to zawsze działa. - Wzruszył niewinnie ramionami, posyłając mi delikatny uśmiech, który z wahaniem odwzajemniłam. - Więc do dzieła.
Po tych słowach niestety nie było już tak przyjemnie. Odczekaliśmy kilka minut, aż poczułam mrowienie w nodze. Znak, że znieczulenie zaczęło działać. Przez cały etap szycia, moje oczy pozostały szczelnie zamknięte, a ciało wtulone w chłopaka. Nie chciałam tego widzieć, i byłam wdzięczna Bogu, że rzeczywiście nie muszę. Inaczej moje śniadanie mogłoby dumnie barwić puchaty dywan.
- Nieźle się spisałaś. - Jak na zawołanie rozluźniłam uścisk i pośpiesznie odsunęłam się od chłopaka. Cieszyłam się, że to już koniec. Nie chciałam by Liam odebrał to w zły sposób, jednak on tylko się zaśmiał, i rozdarł zębami pokaźny plaster, który przylepił do rany. Cóż, był o wiele bardziej wyrozumiały niż Zayn, tego nie można mu odmówić.
- Dzięki. - Mruknęłam, i w ten oto magiczny sposób z gracją zakończyłam naszą konwersacje. Oboje zamilkliśmy, ze sztucznym uśmiechem przyklejonym na ustach.
Patrzyłam jak Liam dezynfekuje przyrządy i wkłada je do walizki, a niektóre po prostu wyrzuca. Pragnęłam, by chłopak odrobinę się pośpieszył i ruszył swój szanowny tyłek z mojego pokoju, jednak rzecz jasna nie mogłam mu tego powiedzieć.
- Jak spisała się moja mała pacjentka? - Odwróciłam wzrok w stronę drzwi, napotykając na sobie kakaowe tęczówki Zayna. Nie wiedzieć czemu, moja irytacja względem chłopaka jedynie wzrosła. Ostentacyjnie odwróciłam wzrok, spychając na sam dół świadomości, że zachowuje się jak mały, rozkapryszony bachor.
- Świetnie. - Szatyn uśmiechnął się do nas szeroko, zapewne nawet nie wyczuwając napiętej atmosfery. - Będę się zbierać. - Rzucił do Zayna, spoglądając na mnie ostatni raz. - Miło cię było poznać, Vanessa. Mam nadzieję, że jeszcze kiedyś się spotkamy.
- Nie wątpię. - Posłałam mu sztuczny, wymuszony uśmiech. Nawet ślepy zorientował by się, że jest fałszywy, jednak Liam z grzeczności to zignorował. Nadal był przesadnie miły i radosny. Można było bez trudu dojść do wniosku, że on po prostu taki był. Pożegnał się ostatni raz i poszedł, zostawiając mnie i Zayna samych.
Po wyjściu chłopaka natychmiastowo nastała głucha cisza. Było to dość niezręczne, zważywszy na to, że Zayn po prostu się na mnie patrzył, ze zmarszczonymi brwiami i zaciśniętymi mocno ustami. Z początku byłam tym skrępowana.  Nie wiedziałam co powinnam zrobić, gdzie podziać wzrok, gdzie ułożyć drżące dłonie. Po kilku minutach stało mi się to zupełnie obojętne. To był jego cholerny problem. Nie mój.
Wstałam z łóżka tylko po to, by usiąść na parapecie. Nie było tu zbyt wiele rzeczy, które mogłabym robić, prócz wgapiania się w pustą ulicę.
- Jesteś zła? - Przez głos chłopaka przewijała się doza zdziwienia i konsternacji. Brawo Zayn. Zajęło ci niecałe dziesięć minut, by się domyślić. Wnikliwy obserwator z ciebie, nie można ci tego odmówić. 
- Nie. - Rzuciłam cierpko, obrysowując paznokciem zakrzywiony kształt bandaża. - Po prostu to nie w porządku Zayn. - Wyrzuciłam z siebie na wydechu, nie patrząc mu w oczy. Nie chciałam się rozkleić. Chciałam być zła i wkurzona. Patrzenie na Zayna mogło tylko pokrzyżować moje plany, nie mogłam sobie na to pozwolić.
- Rozumiem. - Usłyszałam jego niski głos tuż obok mnie. Przysiadł na drugim krańcu parapetu, mogłam wręcz poczuć zapach jego drogich perfum. Przełożył moje nogi przez swoje, opierając kręgosłup na szybie. - Mogłabyś mi wyjaśnić, co właściwie jest nie w porządku Vanessa?
- Traktujesz mnie jak dziecko. Podejmujesz za mnie decyzję. Działasz za moimi plecami, nawet nie pytając mnie o zdanie. - Zaczęłam wyliczać, spoglądając na niego kątem oka. Dzięki Bogu, zdawał się być skupiony i być może, brał choć trochę na poważnie moje słowa. - To nie powinno tak wyglądać. - Zamilkłam, niepewna, czy powinnam dodać coś jeszcze.
Chciałam tyle mu opowiedzieć. O tym, jak bardzo czuje się tu samotna i opuszczona. Jak bardzo brakuje mi znajomych twarzy, miejsc. O tym, jak bardzo obcy wydaje mi się ten dom, to miasto. I wreszcie, jak bardzo się boje. Zamiast tego, jedynie bardziej skuliłam się w sobie. Nie potrafiłam się przed nim stuprocentowo otworzyć. Nie ufałam mu. I jestem pewna, on nie ufał mi.
- Nie traktuje cie jak dziecko. - Zaczął ostrożnie, wpatrując się uważnie w moją twarz. - Po prostu się o ciebie martwię. Chce dla ciebie tego, co najlepsze. Przepraszam, jeśli pomyślałaś inaczej. Czasami mam wrażenie, że jesteś po prostu zbyt uparta, by spojrzeć na wszystko obiektywnie, więc podejmuje decyzje za nas obu. - Posłał mi delikatny, przepraszający uśmiech, a mój gniew momentalnie wyparował. Jego zamiary zdawały się być jak najbardziej racjonalne. Ponadto- martwił się o mnie. Tak dawno nikt się o mnie nie martwił, że prawie zapomniałam, jakie to uczucie. - Wybaczysz mi? - Spytał, ukazując równe, białe zęby w najsłodszym uśmiechu, jaki miał okazję mi zaprezentować. Sądzę, że mogłabym godzinami ćwiczyć przed lustrem, a i tak nie osiągnęłabym tak zniewalającego efektu.
- Okej. - Westchnęłam. Nadal byłam trochę zła, ale ciągnięcie tego dalej i tak byłoby bezsensu. Jeśli cokolwiek ta rozmowa zmieniła, i tak okaże się to z czasem. - Okej. Mogłabym się teraz przespać? Jestem trochę zmęczona. - Wzruszyłam ramionami, wskazując jednocześnie na opatrunek. Na całe szczęście Malik załapał aluzje i szybko zostawił mnie samą, życząc uprzednio słodkich snów. Sam stwierdził, że skoczy do pracy po jakieś papiery, których zapomniał zabrać wcześniej. Cóż, przynajmniej dzięki temu dowiedziałam się, że Zayn ma jakąś pracę. Wedle pozorów, poczucie stabilizacji finansowej to bardzo ważna rzecz dla nastolatki.

Obudziłam się kilka godzin potem. Otworzyłam okno by poczuć rześkie powietrze. Wszystko, łącznie z parapetem i trawnikiem pode mną było wilgotne, jasno dając mi do zrozumienia, że przespałam piękne oberwanie pogody.
Zeszłam na dół, w poszukiwaniu Mulata, ale nigdzie nie mogłam go znaleźć. Poczułam ukłucie niepokoju w środku, bezsensowne ukłucie, bo przecież chłopak jasno zaznaczył, że musi iść do pracy. Mimo wszystko nie czułam się dobrze, będąc sama w tym domu. Był zbyt duży by stwarzać wrażenie bezpiecznego, zbyt cichy by czuć się tu swobodnie.
Przez chwilę stałam bezczynnie na środku korytarza, zastanawiając się co powinnam ze sobą zrobić. Nigdy jeszcze nie zostałam tu sama, Zayn zawsze był gdzieś obok mnie, niczym mój anioł stróż. Gdy jego zabrakło, czułam się tu samotna i zagubiona. Nie wiedziałam, że tak szybko można uzależnić się od drugiej osoby, ale najwidoczniej tak właśnie się stało, bo w tym momencie, po prostu czekałam aż wróci.
Po mniej więcej godzinie siedzenie w kuchni zbrzydło mi już na dobre. Przeniosłam się tam, z nadzieją, że jedzenie jakkolwiek ukoi mój strach. Ile jednak można jeść jedną paczkę paluszków? Na pewno nie wieczność, a miałam wrażenie, że właśnie tyle nie ma Mulata. W końcu otrzepałam się z resztek przekąski i ze znużeniem powlokłam w stronę salonu, po drodze przez przypadek zahaczając o szafkę. Będąc dokładną wypadało by podać, że szafka była w zasadzie pokaźną, drewnianą komodą, w którą z wyczuciem uderzyłam dłonią. Wyklinając siebie i tą nieszczęsną szafkę, zastanawiałam się, jak do cholery można uderzyć w tak duży przedmiot, i to jeszcze ręką. Przecież to prawie tak, jakbym uderzyła w ścianę. Głową. Gdy tak myślałam, moje zirytowanie jedynie wzrosło, aż w końcu, w punkcie kulminacyjnym, kopnęłam butem w lśniącą powierzchnie, celnie trafiając w ostatnią szufladę, która oczywiście gładko odskoczyła, uderzając mnie dla odmiany w piszczel. Zaklęłam pod nosem, schylając się by naprawić swój błąd, podczas gdy moje oczy natrafiły na niewielki przedmiot, a właściwie to zdjęcie. Odruchowo wzięłam w dłoń szklaną ramkę, przyglądając się uważniej postaciom uwiecznionym na nim. Uśmiechnęłam się delikatnie widząc małego Zayna ściskającego dłoń jeszcze młodej kobiety w długiej sukni. Miała około 30-35 lat, gładkie, falowane włosy i podobne do Zayna- duże, brązowe oczy. Uśmiechała się, ale jej wzrok pozostawał pusty. Odnosiłam wrażenie, że kryło się za tym coś nieszczerego. Oczywiście, mogła po prostu pozować do zdjęcia i stąd to nieobecne spojrzenie, lub kryje się za tym jeszcze inna historia, której nie miałam okazji poznać. Nie wiedziałam dlaczego chłopak trzyma to zdjęcie na dnie szafki, zwłaszcza, że było naprawdę urocze i niewinne. Musiał być jakiś logiczny powód, jednak jedyne co teraz przychodziło mi na myśl, to to, że chłopak zwyczajnie nie chciał, bym ja je zobaczyła. Poczułam się nieswojo, wręcz niedorzecznie źle z myślą, że naruszam jego prywatność, a tym bardziej to, co najprawdopodobniej chciał przede mną zataić. Z odrazą do samej siebie wsunęłam zdjęcie z powrotem do szuflady, dostrzegając kontem oka, że jest ich tu wiele więcej. Oczywiście, miałam piekielną ochotę by wszystkie je przejrzeć i chociaż próbować się domyślić co jest z nimi lub ze mną nie tak, że nie mogłam ich zobaczyć. Posłuchałam jednak głosu sumienia i z głuchym trzaskiem wsunęłam szufladę na miejsce. Po krótkim namyśle opuściłam korytarz i udałam się do salonu, gdzie włączyłam telewizor, byleby tylko nie myśleć o tych zdjęciach. Obraz małego, szczupłego chłopca skutecznie jednak zagnieździł się gdzieś z tyłu mojej głowy, nie pozwalając skupić się na fabule jakiegoś nudnego serialu. Nie mogłam zrozumieć o co w tym wszystkim chodzi, miałam zbyt mało puzzli układanki, by móc stworzyć obrazek. Biorąc pod uwagę chęci bruneta do zwierzeń, szansa na to, że dowiem się tego w najbliższym czasie była stosunkowo nikła.
- Co oglądasz? - Usłyszałam uwodzicielski, niski głos nad swoim uchem, na co machinalnie podskoczyłam. Śmiech Zayna wyrwał mnie z transu i przyprawił o zażenowanie. Rozejrzałam się wokół siebie w poszukiwaniu pilota, by sprawdzić program. Sama rzecz jasna nie miałam pojęcia co leci w telewizji. Moje skupienie na serialu było tylko pozorne, myślami byłam daleko stąd, i naprawdę nie miałam pojęcia, który sitcom się przed chwilą skończył, a który zaczął. Dla mnie i tak wszystkie były podobne. W końcu mój wzrok padł na dłonie chłopaka, które obracały smukły, czarny przedmiot. No tak, jakżeby inaczej. Wzruszyłam zrezygnowana ramionami. - Odpowiedź brzmi "Teoria wielkiego podrywu", Vanessa. Dość płytkie poczucie humoru, ale chyba wciąż zabawne, skoro z takim zaangażowaniem śledzisz akcje. - Mrugnął porozumiewawczo, co wprowadziło mnie w jeszcze większe zażenowanie.
- Zamyśliłam się. - Rzuciłam zwięźle, wyjmując pilot z jego rąk i wyłączając telewizor. - Zrobić ci coś do zjedzenia? Musisz być głodny, długo cię nie było. - Spytałam, starając się modulować swój głos, by zdawał się być naturalny, nawet trochę znudzony. Miałam pewien plan i musiałam go zrealizować. Nie dotyczył zdjęć, ale były one swego rodzaju motywatorem. To dzięki nim naprawdę zrozumiałam, jak niewiele wiem o chłopaku z którym mieszkam. Zayn miał swego rodzaju przewagę, na pewno miał prawo zapoznać się z moimi aktami z domu dziecka. W efekcie czego, on wiedział o mnie wszystko, ja nie wiedziałam o nim nic.
- Nie, właściwie to jadłem lunch w pracy. - Potarł dłonią kark, rzucając się na kanapę.
- Jasne. - Uśmiechnęłam się delikatnie, siadając obok. - Wyglądasz na zmęczonego. Miałeś... ciężki dzień? - Spytałam, podciągając nogi pod brodę. Być może nie powinnam przesłuchiwać Zayna w ten sposób, może to naprawdę nie był dobry pomysł, ale w tej chwili jedyny by czegokolwiek się o nim dowiedzieć. Metoda czekania, aż Mulat sam się przede mną otworzy, która kiedyś zdawała się być wręcz idealnym pomysłem, dziś budziła pewne wątpliwości.
- Można tak powiedzieć. - Zdawkowe odpowiedzi chłopaka pomału zaczynały działać mi na nerwy, a przecież dopiero co zaczęliśmy tą rozmowę.
- Irytujący szef? - Spytałam przymilnie, strzelając palcami w obu dłoniach.
- Raczej pracownicy. - Mruknął, rozmasowując sobie kark. Zmarszczyłam brwi. Czy to oznaczało, że Zayn miał własną firmę? To niemożliwe, był za młody, nie miał doświadczenia, wiedzy... Chociaż skoro zadawał się z Liamem, który sam dostał staż w klinice ojca... i taka opcja była możliwa.
- Masz własną firmę? - Uniosłam pytająco brew ku górze. Być może moja bezpośredniość wyda się mu gburowata, ale naprawdę nie miałam siły owijać czegokolwiek w bawełnę. Zresztą, czy to nie Zayn kiedyś mówił, jak ważne są szczerość i zaufanie? Właśnie daje mu niesamowitą okazję, do wykazania się tym pierwszym i zyskania drugiego w pakiecie.
- Można tak powiedzieć. - Panie i panowie, Zayn właśnie zyskał tytuł mistrza wymijających odpowiedzi. Jego znudzony ton i bierna postawa wprost zachęcały by dalej kontynuować tą rozmowe.
- A... czym się zajmujecie? - Krótki moment zawahania wyczuwalny w moim głosie był spowodowany brakiem jakiegokolwiek przejawu zainteresowania ze strony Bruneta. Nie chciałam go zdenerwować, nie chciałam być też nachalna i nieuprzejma. Po prostu chciałam się czegoś o nim dowiedzieć, być z nim trochę bliżej. Moją wścibskość tłumaczyłam sobie jedynie chęcią poznania go lepiej, to nie mogło być złe.
- Mamy... dość rozbudowaną ofertę, jeśli o to ci chodzi. - Wzruszył po raz kolejny ramionami, krzywiąc się, zapewne przez ból kręgosłupa, gdyż jego dłonie zaraz wystrzeliły ku górze, uciskając bolące miejsce. Długie siedzenie w jednej pozycji zwykle kończy się w ten sposób, Zayn nie był w tej kwestii wyjątkiem.
Nie zdziwiłam się już ogólnikową odpowiedzią chłopaka, szansa, że Zayn przedstawiłby mi całą charakterystykę firmy w podpunktach była znikoma. Nie poczułam się nawet dotknięta jego brakiem zaufania co do mnie, zainteresowała mnie natomiast inna część jego wypowiedzi.
- Mamy? - Spytałam, nie bardzo rozumiejąc. Może Mulat faktycznie założył firmę z ojcem, co wiele by wyjaśniało. Gdy byłam mała, mój tata też planował, że odziedzicze po nim kancelarie, lub chociaż jedną z jej filii. Planował, bo ostatecznie całą firmę odziedziczył ktoś inny. Nie wiem czemu w ostatniej chwili zmienił spadek, ale fakt faktem przepisał kancelarie na kogoś innego, pewnie jakiegoś zaufanego współpracownika. Nie byłam mu za to zła. I tak nigdy nie widziałam się w roli prawnika, może on też to w końcu zauważył.
- Mogłabyś mi rozmasować kark? - Głos Zaufa przebił się do mojej świadomości. Przytaknęłam, licząc, że kontynuuje rozmowę. Podniosłam się z sofy, stając za jego plecami. Nie byłam zbyt dobrym masażystą, miałam o tym jednak niewielkie pojęcie, gdyż jako dzieciak, zawsze po pracy, rozmasowywałam ojcu plecy. Mimo to, Zayn musiał przykryć moje dłonie swoimi i nakierować moje ręce na dobry tor. Badałam opuszkami strukturę jego skóry, była gładka i aksamitna. Przez koszulkę przebijały liczne tatuaże, a nawet kilka blizn. Ściągnęłam brwi, wodząc palcem po jego ramionach. Chciałam spytać, skąd one się wzięły. Czy ktoś kiedyś zrobił mu krzywdę? Nie, na pewno nie. Nie jemu.
- Mówiłeś coś o swoim współpracowniku..? - Zaczęłam, zdając sobie sprawę, że od dobrych kilku minut milczymy. Nie było to niekomfortowe, wręcz przeciwnie, jednak teraz musiałam zająć myśli czymś innym, odsunąć je od tych wszystkich nieprzyjemnych rzeczy, które błąkały mi się po głowie.
- Tak? - Uniósł brew ku górze, zapewne już zauważając, jak bardzo wścibska jestem. Nie skomentował jednak ani słowem mojego niedyskretnego zachowania, a o dziwo odpowiedział. - Można powiedzieć, że Louis mi pomaga. Właściwie, jest taką moją prawą ręką. - Uniósł kąciki ust ku górze, a ja nie mogłam nie zauważyć, jak słodko wygląda, gdy się uśmiecha. Prawie tak niewinnie jak chłopiec ze zdjęcia. Byłam nieco skołowana faktem, że to nie jego ojciec, czy choćby wujek, a Lou mu pomaga. Postanowiłam nic jednak nie mówić, to przecież nie była moja sprawa. Cóż, przynajmniej bezpośrednio nie dotyczy mnie.
- Już okej? - Spytałam w zamian, odsuwając dłonie od szyi Mulata.
- Tak, dzięki. - Chłopak pokręcił głową na wszystkie strony, by zademonstrować swoje pełne możliwości.
- Nie ma sprawy, polecam się na przyszłość. - Zażartowałam, podchodząc do okna. Znów zaczęło padać, a ja pomału zaczynałam popadać w zwątpienie, czy oby na pewno znajdujemy się w tym legendarnym, słonecznym Miami. - Czy tu ciągle tak pada? Zaczynam się tu pomału czuć jak w Anglii.
- To przez to, że mamy listopad. Wszystkie Angielki są tak kapryśne?  - Śmiech chłopaka wypełnił pomieszczenie, gdy odwróciłam twarz w jego stronę by udać oburzenie.
- Zayn, masz doczynienia z prawdziwą Brytyjką, powinieneś więc wiedzieć, że jesteśmy również niezwykle honorowe. - Mówiłam z wyższością i udawaną pogardą, celowo potęgując mój brytyjski akcent. Byłam przyzwyczajona do powszechnego już stereotypu o typowych Anglikach. Jesteśmy niesympatyczni, wyniośli, sztywni, a w dodatku pijemy obrzydliwą herbatę z mlekiem. Wszystko to już słyszałam.
- Przepraszam, Mädel. - Czarujący uśmiech targnął jego ustami, podczas gdy zrobił głęboki ukłon w moją stronę. Wywróciłam oczami, kręcąc głową z politowaniem. - Panienka pozwoli zaprosić się na romantyczne zakupy? Dorzucę do tego przejażdżkę moją osobistą dorożką i może kolacje przy świecach. - Spontaniczny pomysł chłopaka przypadł mi do gustu, zamknięta ciągle w domu zaczynałam czuć się jak w klatce.
- Mmm,  brzmi czarująco. - Westchnęłam, chwytając jego wyciągniętą w moją stronę dłoń. Chłopak poprowadził mnie w kierunku drzwi wyjściowych, gdzie puścił moją dłoń i chwycił z wieszaka za dużą bluzę, którą wsunął na moje gołe ramiona.
- Na wszelki wypadek. - Mruknął, zasuwając suwak pod samą szyję. Skrzywiłam się, odruchowo poprawiając zamek, jednak nic nie powiedziałam. Chciałam choć na chwilę wyjść z tego domu, po za tym jego bluza pachniała. .. nim. Było to wystarczające, bym mogła chodzić w niej nieskończoność i stale wąchać jej krańce. Chyba jeszcze nigdy tego nie mówiłam, ale Zayn naprawdę dobrze pachnie. Gdy wychodziliśmy, chłopak otworzył przede mną najpierw drzwi od domu, potem od auta. Trochę ponarzekałam, że nie możemy się przejść, ale Malikowi ostatecznie udało się mnie przekonać, że jeśli pójdziemy piechotą zejdzie nam to w nieskończoność. Nie przeszkadzało mi to w takim stopniu jak to, że Zayn nie miał parasola, a przynajmniej przy tym się upierał. W samochodzie rozsiadłam się wygodnie i zapięłam skórzany pas. Droga minęła nam zadziwiająco szybko. Luźna rozmowa zdawała się trwać zaledwie kilka minut, choć tak naprawdę jechaliśmy mniej więcej pół godziny. Gdy w końcu wysiedliśmy, mulat znów otworzył mi drzwi, a ja w rewanżu posłałam mu szeroki uśmiech.
- Ściemnia się. - Zauważyłam, rozglądając się po wciąż jeszcze zatłoczonych ulicach Miami. Wielu mijanych ludzi biegało, lub spacerowało, ale byli też tacy, którzy po prostu włóczyli się bez celu.
- Trafna uwaga panno Evans. - Uśmiech Zayna był zaraźliwy. Sam Malik miał osobowość tak silnie dominującą, że jego nastrój wpływał na twój, nawet jeśli odczuwałaś skrajne emocje. Wcześniej nie zdawałam sobie z tego sprawy, że tak wiele zależy właśnie od bruneta.
Pozwoliłam chłopakowi ciągnąć się na oślep w stronę jakiegoś centrum handlowego, nie zastanawiając się nawet po co tam zmierzamy.
- A więc, oto jesteśmy. - Głos Zayna brzmiał wzniośle i dumnie, wręcz patetycznie. - Czy zdajesz sobie sprawę panno Evans, po co znajdujemy się w centrum handlowym? - Spytał, dotykając dłonią moich pleców, drugą zaś zataczając wokół nas, wskazując na budynek przed którym stoimy.
- Nie wiem, chcesz sobie kupić nowe spodnie? - Proponuje, wzruszając ramionami. Szczerze, nie mam pojęcia po co tu przyjechaliśmy, ale najwyraźniej Zayn widzi w tym jakiś cel.
- Poprawka, tobie chce kupić nowe spodnie. - Przeciągnął mnie przez drzwi obrotowe, trzymając ciasno przy swoim boku, na wypadek, gdybym zdecydowała się uciec. - A dokładniej całą szafę.
- Zayn, nie. - Wykrzywiłam twarz, gdy w całości pojęłam sens tych słów. Nie było mowy by chłopak wydawał swoje pieniądze na mnie, i to w dodatku na tak zbędną rzecz jak ubrania. Moje ciuchy z domu dziecka były jeszcze w dobrym stanie, nie potrzebowałam nowych. - Mam ubrania. Nie chce innych.
- Daj spokój, przydadzą Ci się nowe rzeczy. Twoje ubrania w większości nie są adekwatne do panującego tu klimatu. - Wyjaśnił krótko, napierając na mnie coraz silniej. - No już, rusz się w końcu.
- Nie, nie, nie. Nie zamierzam brać od ciebie żadnych pieniędzy. - Zmarszczyłam brwi, zdejmując jego dłoń z swojego ramienia. Ta sytuacja to jakiś absurd. Czułam jak mój cały dobry humor wyparowuje wraz z każdą sekundą tutaj. Nie mogłam uwierzyć, że Malik sam wpadł na tak idiotyczny pomysł. - To głupie i niedorzeczne. Wróćmy lepiej do domu. - Jęknęłam, chwytając dłoń chłopaka i ciągnąc z powrotem ku wyjściu.
- W ogóle nie współpracujesz. - Zany pokręcił głową z rezygnacją, a ja odniosłam wrażenie, że był przygotowany na moją odmowę. - Po pierwsze, źle to odbierasz. Traktujesz to jako jakieś zniewolenie i wielce poniżający czyn, a tak naprawdę nic się nie dzieje. Jestem twoim prawnym opiekunem, mam więc prawo do tego. - Uciął, wprowadzając mnie do niewielkiego butiku, zapełnionego niezliczoną ilością markowych butów. - A po za tym kupiłbym ci te ubrania tak czy siak więc zamknij dziób.
Zacisnęłam wąsko usta, zakładając ramiona za siebie. Nie chciałam zachowywać się jak rozpieszczona księżniczka, ale chyba jedynie to mi pozostało. Po za tym, zawsze byłam nieco zbyt honorowa.
Przez następną godzinę skrupulatnie udawałam obrażoną, właściwie to nawet nie musiałam niczego udawać. Byłam autentycznie
o b r a ż o n a, czego Zayn nawet nie próbował zmienić. Po prostu uparł się, że kupi mi te ciuchy i z uporem maniaka realizował swój plan, nie zważając na moje głuche protesty. Na przemian wchodziliśmy do kolejnych sklepów, gdzie chłopak kazał mi wybierać tonę zbędnych ubrań, które musiałam rzecz jasna mierzyć. Oczywiście, nie robiłam tego, przez co sam wybierał odpowiednie jego zdaniem rzeczy. Było mi wszystko jedno, i tak nie zamierzałam w tym potem chodzić. Miałam wrażenie, że znów wracamy do początku, a poprzednia rozmowa o zachowaniu własnego zdania na nic się nie zdała. Kryzysową sytuacją było dla nas starcie w przymierzalni, gdzie siedziałam tak długo, aż brunet sam tam za mną wszedł, ignorując ekspedientke. Gdy zauważył jak siedzę ze stosem ubrań na kolanach, jego twarz stężała, a oczy pociemniały. Dopiero teraz dostrzegłam jakiekolwiek podminowanie moim dzisiejszym sprzeciwem, wciąż jednak nie tak silne, jak się spodziewałam.
- Załatwimy to inaczej. - Mruknął cicho, i z łatwością podniósł mnie na nogi, by potem jednych ruchem dłoni rozsunąć zamek w mojej sukience, i patrzeć jak opada na ziemię. Z moich ust wydobył się cichy pisk, stłumiony przez dłoń Zayna zaciśniętą na moich wargach.
- Okej, dobra. Poddaje się! - Syknęłam, zakrywając się jakimś dużym t-shirtem wyciągniętym pospiesznie ze sterty porozrzucanych ubrań.
- Dobrze. Jeśli będziesz grzecznie współpracować przez resztę wieczoru, kupię ci w nagrodę lody. - Szepnął poważnym tonem, a z jego ust machinalnie uleciał stłumiony chichot, widząc mój pełen wyrzutu i nienawiści ton. - Sądzisz, że teraz kasjerka uwierzy mi, że jestem tylko twoim starszym bratem? - Spytał, po czym wyszedł zostawiając mnie samą pośrodku sterty ubrań. Stałam tak skołowana przez jeszcze kilka minut nim zdołałam się otrząsnąć, po czym skrupulatnie przymierzyłam wszystko, co wybrał dla mnie Malik. Na wszelki wypadek.
Mam w głowie mętlik i nawet nie wiem, czy mam się z tego śmiać czy być o to zła. Bądź co bądź, irytowała mnie bezpośredniość Zayna. To co zrobił było bezczelne i nieodpowiednie, nie. On naprawdę teraz przesadził. Mimo wszystko nie złamałam naszego rozejmu, chyba z obawy, co jeszcze byłby zdolny zrobić Zayn, i z wyraźną trudnością wychodzę z kabiny, po czym mówię mu, co zamierzam wziąć.
- Grzeczna dziewczynka. - Mrugnął, a ja zagryzam mocno policzek, by nie wybuchnąć. Idiota, kretyn, dupek, cham. - Powtarzałam w głowie z coraz większą prędkością.
W końcu wyszliśmy z tego przeklętego ze sklepu i ku mojej uldze, ani kasjerka, ani Zayn nie wspomnieli więcej o jakże żenującym zajściu w przebieralni. Mulat nadal prowadził mnie za rękę, przez co czułam się bardziej jak małe dziecko, niż dorosła dziewczyna. Nie lubiłam tego, jaką władzę miał nade mną. W domu dziecka miałam pewną niezależność, nikogo nie obchodziło jak wyglądam i gdzie jestem. Było nas zbyt wiele, by móc każdego dopilnować i zwykle kończyło się to tak, że nie dopilnowywali nikogo. Mogłam spokojnie znikać na cały dzień, by łazić po pobliskim parku, lub nawet włóczyć się po ulicach. Teraz wiem, że nie było to dobre, ale wtedy tego potrzebowałam. Samotność w pewnym stopniu pozwoliła mi się ze wszystkim uporać. Można by rzec, że wydoroślałam za szybko, jednak teraz zwracało mi się to z nawiązką.
- Więc, powiesz mi, w skali od jednego do dziesięciu, jak bardzo jesteś na mnie o to zła? - Mulat westchnął, przeczesując dłonią swoje kruczoczarne włosy. Uniosłam głowę, by spojrzeć mu w oczy. Jedenaście, Zayn. Opuściłam wzrok z powrotem na stopy, zaciskając mocno wargi. Nie mogłam teraz wybuchnąć. Jeszcze nie. Zresztą, Zayn nawet nie wydawał się skruszony. Zwyczajnie znudziła mu się panująca między nami cisza, nic nadzwyczajnego.
- Więc, teraz nie będziesz się do mnie odzywać? - Spytał retorycznie, gdy nie uzyskał żadnej odpowiedzi. Po jego twarzy nadal błąkał się ten pewny siebie uśmieszek. - To całkiem dorosłe zachowanie, jak na ciebie.
- Powiedzieć ci co jeszcze jest dorosłe, Zayn? - Prychnęłam, stając w miejscu, przez co Mulat też się zatrzymał. Odetchnęłam głęboko, czując na sobie wzrok kilku przechodniów, w tym dziecka z lizakiem w ręku. Lubiłam dzieci, zawsze chciałam być opiekunką lub przedszkolanką, jednak teraz miałam serdecznie dość małego obserwatora, który stał praktycznie naprzeciwko nas, leniwie przeżuwając pozostałość lepkiej przekąski. Poczekałam kilka dodatkowych sekund, aż chłopiec odbiegł do mamy, po czym wyważonym głosem zwróciłam się ku Zaynowi. - Traktowanie mnie jak jakiejś swojej własności. Nie jestem twoją lalką Zayn, nie możesz zachowywać się w ten sposób. Ale... ciągle to robisz, a ja jestem w tym coraz bardziej zagubiona.- Pokręciłam przecząco głową, gdy chłopak wyciągnął w moją stronę otwartą dłoń. - Więc, proszę. Nie mów mi, że to ja zachowuje się jak dziecko, podczas gdy to ty robisz ze mnie swoją maskotkę. - Zadrżałam, wypowiadając te słowa. Wiem, że znowu brzmiałam jak rozhisteryzowana nastolatka, ale chyba tym właśnie wtedy byłam. Po tym słowach odwróciłam się napięcie i wpadłam do najbliższego sklepu, praktycznie od progu uświadamiając sobie, że popełniłam duży błąd wchodząc właśnie tutaj. Zewsząd otaczały mnie setki wieszaków z markową bielizną, zbyt wyzywającą i drogą jak na mój gust. Mimowolnie poczułam, jak moje policzki okrywa krwistoczerwony rumieniec.
- Wychodzimy. - Mruknęłam zwięźle, wyczuwając za sobą obecność bruneta.
- Nie. - Obrócił moje ciało, by spojrzeć mi w oczy. - Ja wychodzę, a ty po prostu kupuj, co chcesz. - Wzruszył ramionami, wciskając mi swój portfel w dłoń.
- Nie, Zayn. Ja nie mogę... - Jąkałam się, marszcząc brwi. Czułam się odrobinę zażenowana, a w dodatku byłam ciągle zła.
- Posłuchaj mnie. - Chłopak warknął zirytowany, zaglądając mi głęboko w oczy. - Nawet jeśli przesadzałem, choć naprawdę, nadal nie dostrzegam w tym nic złego, to ty teraz robisz to samo. Nie wiem dlaczego nie chcesz niczego ode mnie przyjąć, nie rozumiem tego, ale jeśli potrzebujesz samotności to okej. Będę czekał na zewnątrz, a ty po prostu... sama zadecyduj. - Wzruszył ponownie ramionami, puszczając moje dłonie, które wcześniej chwycił. Patrzyłam przez szybę wystawową, jak brunet siada na ławce i wyciąga telefon a następnie przykłada go do ucha. Westchnęłam przeciągle. Nie wierzę, że się na to zgodziłam. Rozejrzałam się niepewnie po wnętrzu, wchodząc coraz bardziej w głąb sklepu. Przystanęłam przy dziale z gładką, czarną bielizną, spoglądając z wahaniem na jeden komplet. Nie był najdroższy, wciąż jednak sądziłam, że go nie potrzebuje. Wiedziałam jednak, że Zayn będzie zirytowany gdy niczego nie kupię, a mimo wszystko nie chciałam, by bieliznę też mi wybierał. Stojąc tak, nie zauważyłam zbliżającej się do mnie postcaci drobnej blondynki, o krwistoczerwonych ustach. Gdy już ją jednak dostrzegłam, nie było sensu uciekać. Nie było nawet możliwości.
- Hej, Perrie. - Mruknęłam, posyłając dziewczynie naprzeciwko mnie niewymuszony uśmiech. W miejscu gdzie uderzył ją Zayn dostrzegłam drobnego siniaka o fioletowym zabarwieniu. Machinalnie zrobiło mi się jej żal, wzbudzała moje współczucie a tym samym sympatię.
- Musimy porozmawiać Vanessa. Mamy mało czasu. - Rzuciła, nie kłopocząc się z zbędnym przywitaniem. Wiedziałam, że Malik byłby zły, gdyby się o tym dowiedział, ale... jego tu nie było. Była natomiast Perrie, a jej zdeterminowany wyraz twarzy nie pozwalał mi na odmowę. Kiwnęłam powoli głową, zgadzając się na wszystko, co miałam zaraz usłyszeć.




Hej moi mili!  Po 1, chciałabym was przeprosić. Nie było mnie tu ostatnio zbyt często, dzisiejszy rozdział również nie jest idealny, ale ostatnio mam zbyt wiele na głowie i nie radzę sobie z tym wszystkim. Szkoła, egzaminy, wybór liceum, operacja mamy, ciągle przygotowania do wesela siostry, praca.  To wszystko mnie wykańcza. Przepraszam. Następny rozdział postaram się dodać wcześniej, a już na pewno obiecuje, że będzie lepszy.
Dziękuję za liczne komentarze, jestem w szoku, że tak wiele moim czytelniczek już pracuje. ;) I chciałabym wam powiedzieć, że jesteście wspaniałe, a każdy ten jeden poszczególny komentarz wiele dla mnie znaczy. Dziękuję!
+ Zapraszam was do poznania czegoś nowego,  tym razem bardziej o Harrym. Jest to inne i mam nadzieje, że wam się spodoba.

https://www.wattpad.com/128351123-learn-to-love-part-1 

Miłego czytania i wakacji!  A właśnie, jak one wam mijają? Xx



















sobota, 18 kwietnia 2015

Rozdział 10


Na drżących nogach weszłam wgłąb budynku, spoglądając z wahaniem na Zayna. Stał z założonymi rękoma, i tym zaciętym wyrazem twarzy, tak bardzo wpisującym się w jego postać. Nie musiał robić zupełnie nic, a i tak w tej chwili drżałam na jego widok, co było skrajnie głupie i niedorzeczne.
Louis podążył za mną, zaciskając na moim ramieniu swoje szczupłe palce. Potrzebowałam wsparcia i byłam wdzięczna za nawet tak mały gest otuchy.
- Nie denerwuj się, będzie dobrze. - Posłał mi pokrzepiający uśmiech, rysując uspokajające kółka na mojej łopatce, jakby wyczuwał, że właśnie tego teraz potrzebuje. Nie potrafiłam się rozluźnić, nie potrafiłam nawet spokojniej oddychać, ale czułam się znacznie lepiej; bezpieczniej z myślą, że nie jestem z tym wszystkim sama.
- Gdzie była? - Malik odwrócił się do nas przodem, opierając plecy o framugę drzwi kuchennych. - W tym momencie całkiem zabawny wydał mi się fakt, choć może oszalałam, że wszystkie kłótnie w tym domu mają miejsce w kuchni. Może to jakaś niepisana zasada tego domu? Lub po prostu oszalałam.
Zdecydowanie tak. Oszalałaś, Vanessa.
- Włóczyła się po mieście. Chyba. - Lou wzruszył ramionami, mierzwiąc dłonią swoje potargane, na wpół mokre włosy. - W każdym razie znalazłem ją na ulicy, jakkolwiek by to nie brzmiało. - Posłał nam kwaśny uśmiech, nakierowując mnie na swój tors, tak bym oparła się na nim, a on mógł delikatnie objąć mnie w pasie i ułożyć podbródek na moim ramieniu. Robił to bardziej dla mnie, niż dla swojej wygody, wiedząc lepiej niż ktokolwiek inny, w jaki sposób się teraz czuje.
- Gdzie byłaś? - Mulat skierował swój wzrok na mnie, i choć naprawdę starał się brzmieć łagodnie, zdradzał go drżący głos i równie drżące ręce. Po co udawać, że nie jest się złym, jeśli właśnie to się odczuwa?
Nie musisz przy mnie udawać, Zayn. 
- Chodziłam po mieście. - Mruknęłam niechętnie, śledząc wzrokiem napinające się mięśnie Bruneta. Był zestresowany. Ja też byłam, ale nasze reakcje były skrajnie różne. Podczas gdy on z trudem hamował swój wybuch, ja zamykałam się coraz bardziej w sobie. Byliśmy po prostu inni.
- Więc, możesz mi wyjaśnić, dlaczego do cholery tak długo nie wracałaś?! - Wychrypiał podniesionym głosem. Mówił głośniej, jednak to jeszcze nie był krzyk, a ja naprawdę doceniałam to, że na mnie nie krzyczy. Nienawidziłam, gdy ktoś to robił, i naprawdę nie wiem jak wyglądałaby moja reakcja, gdyby Zayn podniósł na mnie swój głos odrobinę wyżej, niż dotychczas.
- Zgubiłam się. - Przyznałam szczerze, choć w głowie przewijały się setki pomysłów, co mogło się ze mną stać, byleby tylko zniwelować, lub zmniejszyć gniew Mulata. Mogłam powiedzieć cokolwiek; napadli mnie, okradli, porwali; cokolwiek. A ja zamiast tego zdecydowałam się na prawdę, która choć szczera, brzmiała żałośnie. Cóż, być może Zayn to zrozumie.
- Zgubiłaś się? - Uniósł ironicznie brew ku górze, spoglądając na mnie z jeszcze większą złością niż dotychczas. Nie. Jednak nie zrozumiał. Czy to w ogóle powinno mnie zdziwić? Prawdopodobnie ja sama na jego miejscu zachowałabym się w podobny sposób, więc nie powinnam oczekiwać cudów.
Przecież mogłaś skłamać. 
- Chcesz mi powiedzieć, że przez pół dnia i nocy zamartwiałem się o ciebie, wyobrażając sobie najczarniejsze scenariusze, co też ci się mogło do cholery stać, a ty po prostu się zgubiłaś?! Jak mogłaś zachować się tak lekkomyślnie i nierozsądnie?! Ile ty masz kurwa lat, dziesięć?!
Dlaczego nie skłamałaś?
- P- przepraszam, Zayn. - Wyjąkałam, kuląc się pod naporem jego ostrych słów. To co mówił sprawiało mi ból, ale przecież on miał racje. Zasłużyłam sobie na wszytko, co teraz się stanie. Zachowałam się jak idiotka i to był niezaprzeczalny fakt.- P-przepraszam. - Nie wiedziałam, co więcej mogłabym mu powiedzieć. Zawsze byłam słaba i przywiązywałam dużą wagę do krytyki kierowanej w moją stronę. To nie tak, że wierzyłam w każde cudze słowo. Po prostu wiedziałam, że nikt nie rzuca oskarżeń bezpodstawnie i zawsze istnieje w tym wszystkim ziarnko prawdy, więc za wszelką cenę starałam się poprawić, by zadowolić tą osobę. Może to było głupie, ale taka już byłam.
- Hej Vanessa, nie płacz. - Głos Louisa, odbił się echem w mojej głowie. Prawie zapomniałam o obecności Szatyna, który teraz czule przytulał moje dygocące ciało do swojej piersi. Nawet nie wiedziałabym, że płaczę, gdyby nie Lou. Naprawdę nie chciałam płakać, ale te kilka słonych łez samoistnie wypłynęło spod moich powiek. - Zayn, daj jej już spokój. Ten dzień był ciężki nie tylko dla ciebie. - Westchnął pocierając delikatnie moje plecy. Był naprawdę czuły, co mogłoby się wydawać całkiem urocze, gdyby nie ta pogmatwana sytuacja.
- Czy ja jej coś robię, Louis? - Spytał, siląc się na opanowany ton, przez co moje ciało przeszył niemiły wstrząs. Brunet nigdy wcześniej nie brzmiał tak fałszywie jak teraz, prawdopodobnie jeszcze nigdy nie widziałam go tak rozgniewanego. To, że to ja doprowadziłam Zayna do takiego stanu, to, że to przeze mnie taki był, bolało prawie równie mocno, jak jego krzywdzące słowa. Jestem tu od kilku dni, a już zdążyłam wszystko popsuć. Zagubienie i strach były idealnym opisem tego, jak się teraz czułam.
- Wyżywasz się na niej. - Głos Louisa brzmiał nad wyraz spokojnie, co w ogóle nie pasowało do zaistniałej sytuacji. Nie dało się wyczuć nawet cienia irytacji w jego mowie, i gdyby nie napięte mięśnie jego ciała, pomyślałabym, że całe to zajście w ogóle chłopaka nie obchodzi. - Nie widzisz, że ona już ma dość, Malik? - Spytał, wskazując na mnie dłonią. Czułam się niekomfortowo, gdy rozmawiali o mnie w ten sposób, ale było to o niebo lepsze, niż cała złość Zayna skierowana w moją osobę. Naprawdę żałowałam tego, co zrobiłam i przeklinałam cały ten cholerny dzień. Powinnam po prostu nie wstać z łóżka. Wtedy TO by się nie wydarzyło i wszystko zostałoby na swoim miejscu.
- Nie obchodzi mnie to Louis, dopóki to na mnie ciąży odpowiedzialność za jej wychowanie i bezpieczeństwo! - Moje przerażenie wzmogło się, słysząc krzyk Malika. Miałam ochotę podnieść dłonie i zakryć sobie uszy, by tego nie słyszeć. Jego frustracja była wprost wymalowana na jego przystojnej twarzy. Gdy jego głos się podnosił miałam wrażenie, że zaraz podejdzie i mnie uderzy, zupełnie jak Perrie. Wiedziałam, że był do tego zdolny. To chyba było najgorsze. Wolałabym nie wiedzieć, co może mi zrobić, niż zdawać sobie z tego sprawę doskonale. - Na Litość Boską, ona tu nawet nie jest tydzień. Jakby to wyglądało, gdybym zgłosił na policje, a potem opiekę społeczną, że zaginął mi dzieciak, po dwóch dniach? Trafiłaby z powrotem do domu dziecka, lub poprawczaka, a ja miałbym problemy z policją. - Zamilknął, by przeczesać dłonią swoje ciemne włosy, pociągając mocno za końcówki. Odetchnął głęboko, zaciągając się czystym powietrzem. Jego głos zabrzmiał ciszej, wręcz złowróżbnie. - A gdybyś jej nie znalazł? Spędziłaby noc na ulicy, gdzie jest w cholerę zboczeńców i psycholi. Ktokolwiek mógłby ją zgwałcić, porwać, sprzedać do agencji, zażądać okupu... Na Litość Boską, to jest Miami, nie jakieś pieprzone Stratford, to cud, że ona jeszcze żyje. - Pokręcił w konsternacji głową, jakby odpychając od siebie niechciane myśli. - Żałuję, że ją tu wziąłem Wyciągnąłem z tego bagna, jakim był dom dziecka. Powinna tam wrócić. Zasługuję, by tam wrócić. - Westchnął, przymykając powieki. Gorycz, którą przesiąknięte były jego słowa była wręcz przytłaczająca. Czułam, jak ciało Lou drży, pod wpływem mojego szlochu.
On miał rację, On naprawdę miał rację, i chociaż jego słowa raniły, były prawdą.
Spoglądałam przez półprzymknięte powieki, jak Mulat mija próg kuchni, gdzie zniknął mi z oczu. Dopiero wtedy wybuchnęłam prawdziwym płaczem, stojąc na korytarzu, kołysana przez obcego mi chłopaka, oraz kompletnie zniszczona przez obcego mi chłopaka. Tutaj każdy był mi obcy, ale dopiero teraz zrozumiałam, jak bardzo jestem samotna.
Mimo wszystko, nie chciałam tam wrócić. Nie chciałam, by Zayn mnie porzucił, nawet pomimo tego, co miałam okazje tu przeżyć. Pozostało mi jedynie mieć nadzieję, że chłopak tego nie zrobi. Musiałam znów mu zaufać.
- Ciii, już dobrze. - Głos Louisa rozbrzmiał czule nad moim uchem. Chłopak obejmował mnie w pasie, bujając delikatnie naszymi ciałami. - Ciii, już wszystko dobrze. Nie płacz. - Obtarł łzy z mojej twarzy, ignorując fakt, że zaraz po tym wypłynęły nowe, po czym całując mnie w czoło, odsunął od siebie by zajrzeć głęboko w oczy. - On tak nie myśli.
- To bez znaczenia Louis, kiedy jest to prawdą. - Spuściłam wzrok, nie potrafiąc patrzeć w te błękitne, przepełnione żalem tęczówki. Louis nie zasługiwał na to wszystko, co musiał przeze mnie znosić. Zayn też nie.
- Przestań Vanessa. To nie jest prawda. Po prostu zapomnij o tych słowach. - Rzekł z goryczą. - On nigdy nie powinien był tego mówić. Jestem pewien, że już tego żałuję.
- P- przepraszam Lou. Chciałabym już pójść spać. - Wyjąkałam, odsuwając się od chłopaka, by odejść. Nie chciałam słuchać zapewnień Louisa, zwłaszcza teraz, gdy wiedziałam, że jego słowa nie mają wiele wspólnego z prawdą. Mają pocieszać, dodawać otuchy, ale nie są szczere.
- Vanessa...- Zatrzymał mnie, chwytając moją drobną dłoń w swoją dużą. Kolejny kontrast w moim życiu. - W niepojęty dla ciebie sposób, jesteś dla niego naprawdę ważna.
- N-nie, Lou... - Zaprzeczyłam, wiedząc dobrze, że to kolejne kłamstwo.
- Jesteś. Po prostu teraz jeszcze tego nie rozumiesz, ale kiedyś, gdy poznasz całą prawdę wszystko stanie się dla ciebie jasne. A teraz idź i odpocznij. Miałaś dziś ciężki dzień. My wszyscy mieliśmy ciężki dzień. - Posłał mi delikatny uśmiech, po czym zostawił mnie samą na rozległym korytarzu.

Nie wiem, co oznaczały słowa Louisa. Nie wiem dlaczego Zayn chciałby sprawiać mi tak duży ból, gdybym była dla niego ważna. Nie wiem, po co mówiłby mi to wszystko, gdyby tak nie myślał. Jestem dla niego tylko obcym, irytującym dzieciakiem, które wywraca mu życie do góry nogami i sprawia same kłopoty. Słowa szatyna pozostawiają po sobie zbyt wiele nieścisłości, ale nie mam ochoty by nad tym dłużej myśleć.
W mojej głowie siedzi zbyt dużo pytań bez odpowiedzi, by móc rozwiązać zagadkę. Ale zaufałam Louisowi. Zaufałam mu, i naprawdę, na przekór wszystkiemu poszłam odpocząć.


Obudziłam się około trzeciej w nocy, oddychając płytko przez usta. W pokoju panowały egipskie ciemności, a ja przez moje nabrzmiałe od płaczu oczy, nie potrafiłam dojrzeć nawet wyciągniętej naprzeciwko siebie dłoni.
Zbudził mnie mój własny krzyk, koszmar był jeszcze bardziej rzeczywisty niż zwykle, doprowadzając tym samym mój mózg do ruiny. Zdawałam sobie sprawę, że to tylko zły sen, ale mimo wszystko nie mogłam opanować rozszalałego tętna, to było po prostu silniejsze ode mnie.
Odetchnęłam głęboko, starając się uspokoić, lecz mimowolnie wybuchłam szlochem, opierając czoło o podkurczone kolana. Przyciągnęłam do siebie skrawek kołdry i naciągnęłam go pod samą szyję mimo gorąca panującego w pokoju. To dawało złudne poczucie bezpieczeństwa.
Czułam pulsujący ból w głowie, który zdecydowanie ustępował temu w nodze. Wczoraj zupełnie zapomniałam o ranie na udzie, a dzisiaj tępy ból dał o sobie przypomnieć w okrutny sposób. Wszystkie wspomnienia odżyły, a ja nie potrafiłam poradzić z tym sobie sama.
Miałam po prostu dość. Wrażenie, że wczorajszy dzień ciągnie się za mną bez końca było przytłaczające. Nie wiem, ile jeszcze zdołam wytrzymać. Dziewczyna Zayna. Jej obelgi. Kłamstwa; mam nadzieję kłamstwa na temat mojego ojca. Policzek Zayna. Słowa Lou. Ucieczka. Rana. Zgubienie. Atak paniki. Gniew Mulata. Strach. Przerażenie. Koszmar. Ból.
Nie. Ja naprawdę nie zniosę tego więcej.
Usłyszałam kroki na korytarzu, a zaraz potem skrzypienie drzwi. Ktoś wszedł do środka, zapalając światło. Nie musiałam unosić głowy, by sprawdzić kto wszedł, i tak tylko jedna osoba mogła to zrobić.
- Vanessa? Co się stało? - Głos Zayna był zatroskany, jednak nadal sprawiał wrażenie oziębłego. Zmusiłam się, by spojrzeć mu w oczy.
- N-nic takiego. - Wyjąkałam, czując się wyjątkowo żałośnie. Brunet uniósł brew, przypatrując mi się uważnie. - Po prostu trochę źle się czuje. Boli mnie głowa. - Dodałam, czując się winna mu jakichkolwiek wyjaśnień.
- Nie masz gorączki. - Zmarszczył brwi, przykładając dłoń do mojego czoła. Jego chłodne palce gładziły delikatnie moją twarz, upewniając się o mojej temperaturze.
- Nie jestem chora. - Wzruszyłam ramionami, ciaśniej opatulając się kołdrą. - To tylko głowa. - Wiedziałam, że to tylko głowa. To nie było nic poważnego, jedynie skutek zbyt wielu wylanych łez, niewyspania i stresu. Mulat jednak nie był do końca przekonany. Jego wargi zacisnęły się w wąską linie, a brwi złączyły się u nasady nosa.
- Przynieś ci jakieś leki? - Spytał, odgarniając przy tym delikatnie kosmyki włosów z mojej twarzy. Jego ruchy były delikatne i nieśmiałe, przyjemne.
- Nie, dziękuje. - Wymruczałam. - Zaczekam, aż samo przejdzie.
- Jak sobie życzysz. - Mruknął. Przez jego twarz przemknął grymas, krótkie zawahanie, nim podjął decyzję i uchylił kołdrę, by położyć się obok mnie. Moje serce zabiło szybciej, gdy jego rozgrzane ciało przylgnęło do mojego, a dłonie wsunęły się pod moje plecy, by ułożyć nas w wygodnej pozycji. Ułożyłam głowę na jego klatce piersiowej, a nogą oplotłam jego tors. Słyszałam dokładnie zrównoważone bicie jego serca i miarowy oddech. Czułam, jak jego klatka unosi się  i opada spokojnie w dół, a jego palce delikatnie przesuwają się po powierzchni mojej skóry, po całej długości ramienia, bądź pleców. Trwaliśmy w ciszy, a mimo to, czułam się bezpiecznie. Znów było wszystko okej. Mój ulubiony, kochany Zayn wrócił, niosąc za sobą mój spokój.
- Przepraszam. Proszę, nie oddawaj mnie znów do domu dziecka. - Mruknęłam sennie, unosząc delikatnie głowę w górę, by zajrzeć mu w oczy. Czułam jak jego mięśnie napinają się w alarmujący sposób, by po chwili na powrót się rozluźnić.
- Nie zamierzam. - Westchnął, przejeżdżając dłonią po moim udzie. Zacisnęłam oczy, czując ból w nodze. Prawie udało mi się zapomnieć o ranie.
Chłopak podniósł się, siadając na łóżku, i tym samym zmuszając mnie, bym zrobiła to samo. Zmarszczył brwi, unosząc do góry swoją dłoń naznaczoną szkarłatną cieczą.
- Krwawisz. - Zauważył przyglądając się w skupieniu swojej dłoni. Zdezorientowany wyraz jego twarzy mówił sam za siebie.
- Najwidoczniej. - Mruknęłam cicho, czując lekkie zażenowanie. Powinnam wcześniej powiedzieć mu o tej ranie, przynajmniej uniknęłabym tej niezręcznej sytuacji.
- Czy chcesz... - Zaczął, przyglądając mi się niepewnie. Wyglądało na to, że dalsza część zdania, po prostu nie przejdzie mu przez gardło.Wydawał się na wpół przerażony, na wpół zażenowany i zawstydzony. Jego reakcja na moją ranę była całkiem zabawna. Czyżby bał się krwi?. -  Chcesz bym poszedł do sklepu po podpaski lub...
- Mój Boże, Zayn! Nie krwawię w ten sposób! - Pisnęłam, czując gorąco na swoich policzkach. Zsunęłam szybko kołdrę, ukazując moje udo z przylepioną gazą, na wpół przesiąkniętą krwią. Teraz to ja czułam się zażenowana. Nie wierzę, że odebrał to wszystko w ten sposób, choć wiem, że mogło to tak wyglądać. Westchnęłam chowając twarz w dłoniach. - Wczoraj przez przypadek zahaczyłam nogą o rynnę i rozcięłam udo. To nic poważnego, ale dzięki za ... troskę. Usłyszałam, jak oddech Zayna wraca do normy, a on sam rozluźnia się. Sytuacja, w której się znalazł jak widać przerastała go w mniejszy sposób niż poprzednia możliwa.
- Mógłbym na nią spojrzeć? - Spytał, po czym nie czekając na moją odpowiedź chwycił moją nogę i przełożył przez swoją, mając pełny dostęp do uda.
- Tak, jasne. - Rzuciłam z przekąsem,przyglądając się, jak odlepia bandaż. Nadal czułam się zażenowana poprzednim niedomówieniem, jednak widząc, że chłopak zachowuje się całkowicie naturalnie, jakby zapomniał o tym, co przed chwilą miało miejsce, sama zaczęłam się rozluźniać.
- Nie wygląda to najlepiej. - Mruknął pocierając w konsternacji brodę.
- Zostanie blizna, tak? - Skrzywiłam się, oczami wyobraźni już widząc wielką zaczerwienioną kreskę, biegnącą przez udo.
- Prawdopodobnie tak. Sądzę, że przydałoby się to zszyć.
- Nie, Zayn. Nie. - Pisnęłam, patrząc z zacięciem w jego oczy. - Nie zgadzam się na to. Nie ma takiej opcji. - Dodałam, krzyżując ramiona w piersi.
- Boisz się igieł? - Na twarzy Mulata błąkał się dwuznaczny uśmiech, i byłam pewna, e z trudem powstrzymuje śmiech. - Obiecuje, że nie będzie bolało.
- Nie, po prostu nie jestem ubezpieczona, a takie zabiegi kosztują. - Rzuciłam twardo, zaciskając usta w wąską linie. Nie spodziewałam się, że będę musieć użyć tej wymówki drugi raz.
- Pieniądze nie stanowią dla mnie problemu. - Uniósł brwi, na co oblałam się delikatnie rumieńcem. Tak, Zaynowi na pewno nie brakowało pieniędzy.
- Pomijając problem pieniędzy, każdą wizytę w szpitalu przez pierwszy rok mojej obecności tutaj musisz zgłaszać opiece społecznej. Będzie ciężko wyjaśnić im skąd mam taką ranę. - Zauważyłam, przybijając sobie w myślach piątkę. Mogłam wpaść na to dużo wcześniej.
- Wcale nie musimy tego zgłaszać Opiece. Nie musimy nawet jechać do szpitala... - Posłał mi szelmowski uśmiech, a ja naprawdę nie chciałam poznać jego planu, który najprawdopodobniej już posiadał.
- Nie Zayn, nie zgadzam się. - Ucięłam, zaciskając mocniej palce na moim ramieniu.
- Proszę cię. Vanessa. Nawet jeszcze nie wiesz, jaki mam plan...
- I co z tego. Nie zgadzam się. - Czułam, jak wzrasta we mnie irytacja. - Czego nie rozumiesz w słowie " N I E " ?
- Okej. - Westchnął, przecierając dłońmi twarz. - Porozmawiamy na ten temat jutro. Tak tego na pewno nie zostawimy.
Wzruszyłam ramionami, pewna, że właśnie tak to zostawimy. Nie pozwolę wbijać sobie igły w nogę, na pewno nie.
- Choć do łazienki, trzeba ci zmienić ten opatrunek. - Pomógł mi wstać, ciągnąc w stronę łazienki. - Kto ci w ogóle opatrzył tą nogę, Louis?
- Uhmm. - Mruknęłam dwuznacznie, decydując się na swego rodzaju niewinne kłamstwo. Miałam tylko nadzieję, że Zayn nie będzie naciskać. Oraz, że nie spyta o to Louisa.

Po tym jak Mulat opatrzył mi ranę i założył świeży opatrunek, zmienił pościel w łóżku i kazał spać, co po dłuższej chwili naprawdę udało mi się zrobić. Na pewno pomagał mi w tym fakt, że chłopak położył się obok mnie. Dla jednej osoby łóżko w moim pokoju było stanowczo za duże.


~


Nazajutrz wstałam około południa, całkowicie przebudzona i w dobrym humorze. Już wczoraj postanowiłam sobie że ten dzień będzie lepszy od poprzedniego, i szczerze zamierzałam przeskoczyć tą poprzeczkę.
Po wykonaniu porannej rutyny, która zajęła mi nieco więcej czasu niż przewidywałam przez bandaż, zeszłam na dół i skierowałam się do kuchni, gdzie czekał już na mnie Zayn. Zjedliśmy razem śniadanie, w przygotowaniu którego w niewielkim stopniu pomógł mi chłopak, po czym zostałam sama, by pozmywać. To nie tak, że Zayn nie posiadał zmywarki, po prostu ja nie sądziłam, by opłacało mi się ją włączać na kilka talerzy i sztućców. Sam chłopak poszedł do siebie, tłumacząc, że ma dużo pracy, nie wyjaśniając jednak jakiej. Nie chciałam być wścibska, więc nie wypytywałam Zayna jaki ma zawód, wiedząc tylko, że zwykle pracuje w domu, i zarabia na tym niezłe pieniądze. Wyszłam z założenia, że jeśli sam będzie chciał mi powiedzieć, to to zrobi. Stałam więc przy zlewie, omywając ostatni talerzyk i śpiewając wraz z radiem, gdy usłyszałam za sobą ciche klaskanie. Odwróciłam się napięcie, zauważając przed sobą obcą postać.
- Brawo. Piękny występ . - Szatyn o brązowych oczach przyglądał mi się z rozbawieniem, podczas gdy w mojej głowie siedziało tylko jedno pytanie, " Kim on jest?"
- Yhmm, Pan jest...? - Zaczęłam niepewnie, rozglądając się na boki w poszukiwaniu Malika, lub przynajmniej jakiejś drogi ucieczki. Zapewne byłam zbyt przewrażliwiona, ale zawsze lepiej jest mieć jakiś plan awaryjny.
- Oh, Przestraszyłem cię? Myślałem, że Zayn powiedział ci, że przyjdę. Jestem Liam Payne. - Wyciągnął w moją stronę dłoń, czekając aż podam mu swoją, co w końcu zrobiłam.
- Vanessa Smith. - Posłałam mu delikatny uśmiech. - Miło mi Pana poznać.
- Mów mi Liam. Wydaje mi się, że pomiędzy nami nie ma wcale aż tak dłużej różnicy wieku. - Zauważył, na co przytaknęłam. Chłopak rzeczywiście wyglądał młodo, prawie jak nastolatek, a skoro wiedział kto tu mieszka na pewno nie był włamywaczem. Gdyby było inaczej, po co by tu przyszedł, skoro wszyscy są w domu?
- Dobrze, Liam. Mam... zawołać Zayna? - Spytałam, nie będąc pewna, po co właściwie chłopak ze mną rozmawia.
- Nie, może lepiej od razu pokaż mi tą nogę. - Rzucił , cofając się w stronę stołu, na którym leżała pokaźna walizka.
- Słucham? - Spytałam zdezorientowana, nie wiedząc o co tu chodzi. Może jednak z nim było coś nie tak.
- Zayn powiedział, że zrobiłaś sobie coś w nogę i potrzebne jest zszycie rany. Jestem chirurgiem, więc prosił, bym to zrobił. - Spojrzał na mnie, ukazując zęby w szczerym uśmiechu, który niechętnie odwzajemniłam.
Prawda była taka, że jeszcze nigdy nie byłam tak zła na Zayna.









Hej Miśki! Przepraszam, że tak długo nie było żadnego rozdziału, ale nie mogłam się jakoś zebrać po odejściu Zayna. To chyba mnie trochę przerosło, ale już jest okej. Powiedzmy, że szanuje jego decyzje :)
+ Jestem w III gimnazjum, co oznacza, że pisze teraz egzaminy AAAAAA!!!, Mój poziom stresu jest dokładnie na takim poziomie.
Jeśli ktoś z was już pisał, lub bd dopiero pisac to piszcie, postresujemy się razem! :D
Jak wam się w ogóle podoba ten rozdział? Co o nim myślicie? + Mamy kolejną postać Liiijama, który będzie bardzo fajną postacią. Jedną z moich ulubionych po Zeeejnie :D
 Acha, i byłabym wdzięczna, gdyby ktoś wszedł na mój profil na wattpadzie i pomógl mi troche wypromowac to ff tam. Na razie dodaje tam rozdziały trochę poowoli, i coś tam zmieniam w nich, ale to raczej normalne, bo nigdy nie podoba mi się to, co piszę . Jeśli więc wejdziecie , będę wam bardzo wdzięczna! www.wattpad.com/myworks/33731123-difficult-love
+ Ostatnio tak sobie pomyślałam, że tyyyyle osób czyta to ff, i jestem wam za to naprawdę wdzięczna, ale ja nie wiem o was nic. Więc pomyślałam, że moglibyście mi coś o sobie napisać. Zawsze czytam każdy komentarz, i doceniam te wszystkie miłe słowa, a tak jakoś dziwnie się je czyta, nie wiedząc kim jesteście. Więc moglibyście pisać w komentarzach co się u was dzieje itp. Sądzę, że to mogłoby być miłe, mieć taką dobrą relacje z czytelnikami. :D
W każdym razie miłego czytania!



























poniedziałek, 2 marca 2015

Rozdział 9

Nie wiem dokładnie ile czasu minęło od mojej ucieczki, na pewno więcej niż godzina. Przez cały ten czas moje nogi niosą mnie daleko stąd, z dala od problemów i zmartwień.
Biegnę prosto przed siebie, nie odwracając się nawet na moment, w strachu, że się rozmyśle i zawrócę. Nie mogę zawrócić.
Mijający mnie ludzie spoglądają na mnie w ten dziwny, oskarżycielski sposób. Zastanawiam się, co o mnie myślą. Zdaje sobie sprawę, że z rozczochranymi włosami, zakrwawioną nogą i podkoszulką, oraz twarzą napuchniętą od łez, muszę wyglądać niedorzecznie, sprawiać wrażenie niebezpiecznej i niestabilnej emocjonalnie osoby. Wiem, że oni już wyrobili sobie o mnie zdanie, przypięli odpowiednią metkę, ale nie dbam o to. Nie znają mojej historii, nie mają prawa mnie oceniać.
Rana na udzie piecze i ciągle krwawi, ale nie czuje bólu, nie w ten sposób, w jaki powinnam. Może to przez to, że jestem roztrzęsiona i nie potrafię nad sobą zapanować. Świeże emocje wciąż we mnie buzują, nie pozwalając dojść rozsądkowi do głosu. Nie podejmuje teraz racjonalnych decyzji, inaczej już dawno bym zawróciła. Powinnam to zrobić, i dobrze o tym wiem, ale jednocześnie nie potrafię. Za każdym razem, gdy przystaje by odpocząć i zastanowić się co robić dalej, przed oczami przesuwają mi się niczym slajdy obrazy sprzed kilku godzin. Pijana dziewczyna. Wściekły Zayn. Uderzenie w policzek i palące słowa Lou. Należało się jej. To działa na mnie niczym siła napędowa i daje motywacje by uciekać, nawet jeśli nie ma realnego zagrożenia. Nie wiem, co sobie wtedy myślę. Zdaje sobie przecież sprawę, że nie oddalam się realnie od problemu, że wraz z przebytymi kilometrami nie zmienia się nic prócz dystansu. Prędzej czy później w końcu mnie znajdą, a swoją pseudo-ucieczką wszystko komplikuje. Jednak to nie zmienia faktu, że z każdym kolejnym metrem czuje się psychicznie lepiej.
Fizycznie sprawa ma się jednak odrobinę gorzej, zważywszy na moją zranioną nogę, która boli bardziej niż mogłam przypuszczać. Modle się, by nie wdało się żadne zakażenie. Tylko tego mi jeszcze brakuje na liście narastających problemów.
Mija kolejna godzina, może dwie, a wraz z nimi mija pierwszy szok. Powoli zaczynam myśleć realnie, a powaga całego zajścia uderza we mnie ze zdwojoną siłą. Moje nogi protestują przed każdym kolejnym krokiem, a żołądek daje o sobie boleśnie przypominać. Tępy ból w nodze jeszcze bardziej się nasila. Rana jest duża, a ciągły ruch wcale nie pomaga w jej regeneracji . Po raz kolejny zadaje sobie pytanie, co ja do cholery sobie myślałam.
Skręcam wolno w kolejną uliczkę, rozglądając się wokół siebie. Tak jak można przypuszczać nie mam pojęcia, gdzie się znajduje. Wszystko jest mi obce i wzbudza we mnie naturalny lęk przed nieznanym. Powoli otępienie w mojej głowie zastępuje zwykły strach, jednak z uporem idę dalej. Staram się nie myśleć, jak wrócę do domu, bo przecież nie pamiętam każdej ścieżki w którą weszłam, było ich zbyt wiele, a ja byłam zbyt rozkojarzona by spoglądać na każdy znak informacyjny. Żałuję, że nie zwróciłam uwagi choćby na nazwę własnej ulicy, lub przynajmniej nie biegłam w jednym, obranym kierunku.
Uporczywie staram się ignorować myśl, że się zgubiłam. W najgorszy z możliwych sposobów. Sama. W obcym mieście. Z brakiem jakichkolwiek informacji o moim miejscu zamieszkania, lub choćby podstawowej wiedzy o topografii miasta. Nikt nie wie gdzie jestem, ani gdzie mnie szukać. Prawdopodobnie nawet nie zauważyli, że mnie nie ma. Nawet jeśli Zayn zauważył, że opuściłam jego dom, to wcale to nie oznacza, że będzie mnie szukać. Na pewno sądzi, że pamiętam drogę, i wrócę, jeśli sobie wszystko poukładam. To w jego stylu, by dać mi czas, i wiem, że mi go da. Nawet gdyby było inaczej, nie wie gdzie mógłby zacząć mnie szukać, więc to oczywiste, że będzie czekać.
Zastanawiam się po jakim czasie można zgłosić zaginięcie osoby, i czy ten czas dla szesnastolatki nie jest oby dłuższy.
Pomału ogarnia mnie panika, i chociaż staram się zachować zdrowy rozsądek, zupełnie nic nie mogę poradzić na szybsze bicie serca i przyspieszony oddech. Zatrzymuje się na środku chodnika, ignorując ciekawskie spojrzenia innych. Nie wiem, co powinnam zrobić, co będzie w tej sytuacji najodpowiedniejsze, by nie wpakować się w jeszcze większe kłopoty. W końcu ruszam niepewnie naprzód i wchodzę w mały park, gdzie zrezygnowana przysiadam na ławce.
Pierwsze łzy spływają po moich policzkach uruchamiając lawinę. Płaczę ze strachu i bezsilności. To nie powinno tak wyglądać, a jednak znowu jestem sama i nie potrafię uporać się sama ze sobą. Podciągam nogi i oplatam dłońmi kolana, pozwalając by moja twarz skryła się w powstałym zagłębieniu. Moje włosy opadają kaskadą na twarz, zasłaniając mi tym samym wszelki widok i izolując od świata. Moje ciało trzęsie się w spazmatycznym szlochu, i nawet nie próbuje tego powstrzymać. Jest mi okropnie duszno, a moje serce łomoczę tak, jakby miało zaraz wyskoczyć z klatki piersiowej. Nie mogę złapać tchu, czuje, że się duszę, ale nie potrafię, nie mogę tego powstrzymać. To już jest koniec. Umrzesz, i nawet nikt się o tym nie dowie. Nikt cię nie znajdzie. Nikomu na tobie nie zależy. Nie potrafię zatrzymać czarnych myśli siejących panikę w mojej głowię, podświadomie wiem, że to już koniec.
I wtedy pojawia się on.
- Hej, hej. - Czuje na sobie czyjś pilny wzrok, ale nie mam odwagi, by podnieść głowy. Wiem tylko, że to mężczyzna. Miły ton głosu ociera się o moją podświadomość, wysyłając znaki do ucieczki. Nie potrafię jednak zmusić mojego ciała do choćby najmniejszego ruchu, tak jakby nie podlegało ono mojej kontrolii.- Wszystko gra? - Pyta niepewnie, nachylając się nade mną.
- O-odejdź. - Proszę, wbijając paznokcie w swoje odkryte kolana. Jestem zażenowana tym, że ktoś widzi mnie w takim stanie. Nie chce litości i prób pomocy, chce zostać sama i czekać na śmierć.
Słyszę, jak postać kuca naprzeciwko mnie, a po chwili łapię moje nadgarstki. Wzdrygam się, odruchowo napinając mięśnie. Próbuje wyrwać dłonie, ale mimo, że chłopak nie trzyma ich zbyt mocno, nie potrafię tego zrobić, nie mam wystarczająco siły.
- Hej, spójrz na mnie. - Żąda, a gdy ignoruje jego słowa, puszcza moją dłoń i chwyta w palce mój podbródek, unosząc go lekko ku górze. Nasze oczy się spotykają, a mnie przeraża głębia tych błękitnych tęczówek. Są hipnotyzujące, a współczucie w nich zawarte dodaje mi otuchy. - Musisz oddychać. - Instruuje, przenosząc dłoń z powrotem na moją rękę. - Skup się na oddechu. - Mówi, dokładnie rozdzielając wyrazy. Jest spokojny i opanowany, jakby codziennie ratował dziewczynki z podobnych opresji.
Biorę głębszy wdech, starając się zrównać swój drżący oddech z jego. Przymykam oczy, by do reszty się uspokoić. Wsłuchuje się w spokojny, rytmiczny oddech chłopaka, aż w końcu paranoiczny lęk mija tak szybko, jak się pojawił, przynosząc ze sobą jedynie zażenowanie i wstyd. Jestem taka żałosna.
- Dziękuje. - Szepczę, otwierając oczy, by móc się lepiej przyjrzeć mojemu wybawcy. Krótkie bląd włosy okalają przystojną twarz, o jasnej karnacji, z tymi niezwykle błękitnymi oczami. Przełykam ślinę, ciaśniej zaplatając dłonie. Byłoby mi o wiele łatwiej znieść swoje upokorzenie, gdybym dokonała go przed jakimś brzydkim trzydziestolatkiem z tytułem doktora. Jednak z moim szczęściem musiałam trafić na chłopaka w moim wieku, z wręcz idealną twarzą.
Blondyn zbywa moje podziękowania lekkim uśmiechem, by po chwili spoważnieć.
- Jak często zdarzają ci się ataki paniki? - Pyta, patrząc mi przy tym w oczy, przez co czuje się lekko onieśmielona. Kuca, więc musi lekko zadzierać twarz w górę, by móc utrzymać między nami kontakt wzrokowy.
Marszczę brwi, próbując zebrać myśli. Analizując to, do czego przed chwilą doszło, faktycznie mógł być to atak paniki, nigdy jednak nie myślałam o tym w ten sposób. Nie przytrafiało mi się to również na tyle często, by naprawdę się tym martwić.
- To... Pierwszy raz. - Kłamię, wzruszając ramionami.
- Nie brzmisz zbyt przekonywająco. Chcesz o tym porozmawiać? - Pyta uprzejmie, siadając obok mnie.
- Nie, nie sądzę. W każdym razie dzięki... za wszystko. - Mruczę, nie patrząc mu w oczy, mimo, że chciałabym zatopić się na powrót w głębi jego spojrzenia. Ta myśl mnie przeraża. Po raz pierwszy odkąd uciekłam naprawdę tęsknie za Zayn'em, wiem, że on by sobie poradził. Ze wszystkim.
- Jasne. - Mówi, nie drążąc tematu. Przez chwilę milczymy, a ja odczuwam irracjonalną potrzebę ucieczki. Znowu. Obecność chłopaka powoli staje się przytłaczająca. - Co się właściwie stało? - W końcu zadaje pytanie, i nie muszę go wcale znać, by wiedzieć, że wiele go to kosztuje, wtrącanie się nie w swoje sprawy. Wiem też, że nie chodzi mu jedynie o atak, chodzi o coś znacznie większego. Przegryza wargę, patrząc na mnie niepewnie, jak gdybym miała zaraz rozpłynąć się w powietrzu, a ja żałuję, że nie potrafię tego zrobić.
- To bez znaczenia. - Mówię szorstko. Nie chcę mieszać obcego człowieka w moją prywatność. - Nie chce być niemiła, naprawdę jestem ci dozgonnie wdzięczna za okazaną pomoc, ale sądzę... - Wacham się, naprawdę nie pragnę go urazić. On jednak oczekuje szczerości, a ja nie mogę mu jej dać, nie potrafiłabym też go okłamać. Tak będzie lepiej. - Sądzę, że powinieneś już iść.
- Nie zostawię cie tak. - Prycha, rozsiadając się wygodniej na ławce. Unoszę brwi, zszokowana jego bojową postawą.
- Słuchaj, jestem ci naprawdę, naprawdę wdzięczna, ale chciałabym zostać sama. - Akcentuje ostatni wyraz, stanowczość tego chłopaka pomału zaczyna mnie irytować. Jakie on ma prawo, zachowywać się w ten sposób? Cieszę się, że mi pomógł, ale teraz powinien uszanować moje zdanie i się najzwyczajniej w świecie odczepić.
- Nie, powiedziałem już, że nie.
- Zadzwonię na policje. - Syczę, celowo ignorując drobną niedogodność, a mianowicie mój brak telefonu.
- Proszę, dzwoń. - Robi uprzejmą minę, wręczając mi przy tym swoją komórkę.
- Dlaczego po prostu nie zostawisz mnie w spokoju? Kodeks harcerza ci na to nie pozwala? - Ironizuje, wysyłając dłonie w powietrze. A pomyśleć, że jeszcze przed chwilą nie chciałam go zranić. Gwałtownie opuszczam nogi w dół, gotowa by odejść od tego natrętnego chłopaka. Moją twarz machinalnie wykrzywia grymas bólu, noga daje o sobie znać w najmniej odpowiednim momencie. Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki chłopak spogląda w dół, a ja mogę przysiąc, że jego oczy rozszerzają się w wyrazie niemego szoku.
- Krwawisz. - Zauważa, delikatnie ścierając kciukiem strużkę krwi, spływającą leniwie po moim udzie. W jego pięknych oczach maluje się przerażenie.
- Najwidoczniej. - Odsuwam się, niepewna swoich odczuć względem niego. Jakaś część mnie naprawdę chciałaby móc mu zaufać, z kolei inna stanowczo temu zaprzecza. Ja sama wiem, że nie mogę tego zrobić i nie potrafię zrozumieć, czemu jeszcze tu stoję.
- Czy... - Chłopak walczy ze sobą, zaciskając na chwilę usta, by zaraz na powrót je uchylić. - Czy ktoś cię zranił? - Pyta, z pochmurną miną wpatrując się w moje udo. - Jeśli tak, to przysięgam, że znajdę i zabije gnoja... - Coś w jego głosie karze mi wierzyć, że naprawdę jest gotów to zrobić. To miłe i niepokojące jednocześnie. On przecież wcale mnie nie zna.
- Nie, to nie tak. - Uspokajam go, posyłając mu lekki uśmiech. - W pewien sposób sama to sobie zrobiłam. Nie przejmuj się, to nic takiego. - Wzruszam ramionami, przyjmując niedbały ton, mimo choć sama nie wierzę w swoje słowa.
- Ta rana jest naprawdę duża, a ja mimo wszystko wątpię byś była masochistką. Proszę, pozwól mi się zawieźć do szpitala, powinien to zobaczyć jakiś lekarz. - Mówi błagalnie, a ja przez moment jestem w stanie mu ulec.
- Nie, nie ma takiej opcji. Nie jestem ani pełnoletnia, ani nawet ubezpieczona, nie mogę tego zrobić. - Wyjaśniam, skubiąc róg mojego rozciągniętego swetra. Nie wiem, po co właściwie mu to mówie, ale to w pewien sposób pomaga. Czuje się spokojniejsza i w pewien niezrozumiały dla mnie sposób wiem, że ten mały sekret będzie przy nim bezpieczny.
- Jak to?. - Marszczy brwi, czekając na moją odpowiedź.
- Wprowadziłam się tu niedawno, nawet bardzo i... po prostu tak wyszło. - Rzucam zwięźle.
- Okej, rozumiem. - Zmarszczka na jego czole wygładza się, ukazując napowrót jego uroczą twarz. To określenie chyba najtrafniej opisuje blondyna. On był po prostu uroczy. - Więc... mam mały pomysł, ale obiecaj, że się nie zdenerwujesz. - Prosi, a jego wzrok co chwila zatrzymuje się na moim udzie. Martwi się, a mi po raz kolejny staje przed oczami postać Mulata. Czy on też się martwi? Czy w ogóle zauważył, że mnie nie ma?
- Jestem otwarta na propozycje. - Rozkładam ręce w wymownym geście, dodając mu odwagi.
- Pojedź ze mną do mnie.
- Żartujesz, prawda? - Śmieje się, będąc pewną głupiego żartu. Skruszona mina chłopaka mówi jednak sama za siebie. - Nie. Nie zrobię tego, nie możesz mnie o to prosić w takiej sytuacji.
- Posłuchaj, mój ojczym jest lekarzem, on mógłby ci to opatrzyć, to byłoby bezpieczne i bezpłatne. - To wyjaśnia jego profesjonalizm przy moim ataku, i naprawdę jestem w stanie mu w to uwierzyć, nie doszukując się żadnych podstępów. Spogląda na mnie wyczekująco.
- Nie, dobrze wiesz, że nie mogę. To miłe z twojej strony, ale już i tak robisz dla mnie zbyt wiele, nie mogę w to jeszcze mieszać twojego ojczyma.
- Po prostu się zgódź.
- Wiesz, że nie mogę. To byłoby wbrew wszystkim zasadom, jakich się jeszcze trzymam. - Szepczę, spoglądając ponuro w oczy chłopaka. Są obłędnie niebieskie i ładnie współgrają z jego rysami twarzy.
- Wydaje mi się, że dziś i tak już przekroczyłaś limit. Nie masz nic do stracenia. - Posyła mi delikatny uśmiech, jednak widząc moją niechętną minę odpuszcza. Z jego ust wydobywa się głośne westchnięcie, gdy przeciera dłonią twarz. Usilnie zastanawia się jak wybrnąć z tej trudnej sytuacji, a ja znów niczego nie ułatwiam. - Więc, może po prostu kupie w jakimś kiosku gaze i wode utlenioną i zrobimy prowizoryczny opatrunek? - Pyta, podnosząc się wolno z ławki.
- Nie. - Kiwam posępnie głową. - Nie możesz na mnie wydawać pieniędzy, nie pozwole ci na to.
- Wcale nie pytam cię o zdanie. - Ucina krótko, mierzwiąc swoje bląd włosy. - Po prostu tu na mnie zaczekaj, okej?
- Jasne. - Mówię, mimowolnie rozkładając wygodniej nogi. Widząc jak chłopak się oddala, dodaje, sama nie będąc pewną po co - Dziękuje.
- Zaraz będę. - Zatrzymuje się, odwracając twarz w moją stronę, i po chwili już go nie ma, a ja na powrót zostaje sama.

Podczas nieobecności chłopaka czas niemiłosiernie się dłuży. Próbuje wymyślić sobie jakiekolwiek zajęcie, by zająć czymś swój mózg i przestać o tym wszystkim myśleć, ale nie potrafie przestać analizować tego raz po raz, nie mogę ot tak przestać myśleć. To wprowadza mnie w obłęd, ale nie daje rady nic z tym zrobić, więc odpuszczam. Po kilkunastu minutach dochodzę do wniosku, że chłopak mnie po prostu wystawił, ale nie mam o to do niego pretensji. Być może sama postąpiłabym tak samo na jego miejscu. Gdy zamierzam odejść moim oczom ukazuje się dobrze znana sylwetka, a na twarz wstępuje delikatny uśmiech. W tym momencie jestem naprawdę wdzięczna Bogu, że się myliłam.
- Przepraszam, że tak długo musiałaś czekać. W sklepie były straszne kolejki. - Wyjaśnia. Jego oddech jest przyśpieszony i wszystko wskazuje na to, że biegł całą drogę. - Masz. - Rzuca w moją stronę paczkę ciastek i soku, które o dziwo udaje mi się nieporadnie złapać. - Pomyślałem, że będziesz głodna.
- Dziękuje, naprawdę nie trzeba było...  - Urywam, speszona tym, że nawet nie wiem, jak ma na imię.
- Niall. - Posyła mi szczery uśmiech, nim przyklęka przy mojej nodze.
- Vanessa. - Drżę, pod wpływem jego sprawnych palców badających fakturę mojego uda. Wie co robi, jestem pewna, że jego ojczym musiał go sporo nauczyć.
- Vanessa. Ładne imię. - Podnosi wzrok by spojrzeć mi w oczy. - Rana nie jest zbyt głęboka, ale przydałoby się szycie. W innym wypadku zostanie brzydka blizna, a tej byśmy nie chcieli. - Mówi rzeczowym tonem, odkręcając butelkę wody utlenionej. - Teraz trochę zapiecze.
- Boje się igieł. Chyba zaryzykuje tą bliznę. - Syczę, gdy Niall polewa moją ranę obficie płynem.
- Nie sądzę, by był to dobry pomysł, ale zrobisz jak zechcesz. - Jego kąciki ust wykrzywiają się w grymasie na moje słowa. Rozrywa zębami małą paczuszkę by po chwili wyjąć z niej biały materiał. Przykłada go ostrożnie do mojej rany, delikatnie przylepiając końce białym plastrem. - I gotowe. - Mruczy zadowolony z siebie.
- Dzięki. - Uśmiecham się najszerzej jak potrafię.
- Może w ramach rewanżu pozwolisz mi się podwieźć do domu? - Sprawnie podnosi się z ziemi, otrzepując dłońmi kolana.
- To niestety nie będzie możliwe. - Wzdycham, przypominając sobie dlaczego się tu znalazłam. Przez chwilę, naprawdę krótką chwilę zdołałam zapomnieć w jak beznadziejnej sytuacji się znajduje.
- Czemu? - Unosi pytająco brew ku górze, jego głos ma podejrzliwą barwę.
- Ja... chyba się zgubiłam, Niall. - Przegryzam wargę, starając się nie patrzeć na chłopaka. Nie powinnam, a jednak czuje się w pewnym stopniu skompromitowana.
- Żartujesz? - Uśmiecha się, a po chwili jego twarz wykrzywia się w grymasie rezygnacji. Teraz już na pewno czuje się skompromitowana. Jak ostatnia idiotka, która zgubiła się w centrum handlowym. - No tak, mogłem się spodziewać. Przyciągasz kłopoty jak magnes.
- Cóż, ciężko się z tym nie zgodzić. - Wzdycham, opierając twarz na dłoniach. - Więc co powinnam zrobić?
- Hm, możemy pojeździć po okolicy, póki sobie czegoś nie przypomnisz, ale... nie chciałbym cię wywieźć jeszcze dalej. - Wzdrygam się na taką możliwość, ta opcja na pewno odpada. - Lub, po prostu od razu pójdźmy na policje? Twoi rodzice pewnie się martwią.
- Nie mieszkam z rodzicami. I nie chce iść na policje. - Wiem, że brzmię jak rozkapryszona księżniczka, ale Niall zdaje się tego nie zauważać. Jest naprawdę wyrozumiały względem mnie, a to tylko udawadnia jak wspaniałym facetem mógłby być.
- W takim razie, jedyne co nam pozostaje to czekać. - Wzrusza ramionami, na całe szczęście nie zagłębiając się w moją sytuacje rodzinną. - Jeśli nikt cię nie znajdzie do wieczora, to pójdziesz ze mną do domu, i rano pójdziemy na ten cholerny komisariat, okej? - Proponuje, a ja po chwili wahania przystaje. I tak nie znajdę lepszego rozwiązania, a wizja spędzenia nocy na ławce w parku wcale nie wydaje się być tak interesująca jak w dzieciństwie.
- Dziękuje Niall. - Przysuwam się w jego stronę i delikatnie szturcham go ramieniem. - Jesteś niesamowity. - Mówię, i faktycznie tak myślę. Chłopak okazał się być moim prywatnym bohaterem i naprawdę boli mnie fakt, że nie będe miała okazji mu się odwdzięczyć.
- Przesadzasz. - Wywraca oczami, a z moich ust wydobywa się chichot. Ciężko pogodzić mi się z faktem, że prawdopodobnie to nasze pierwsze i ostatnie spotkanie. Czuje, że mogłabym się z nim zaprzyjaźnić, ale to i tak niemożliwe ze względu na Zayna. Czy to normalne, że boje się jego reakcji nawet na tak normalną rzecz? Moje ciało przechodzi dreszcz na myśl o Brunecie i z miłym zaskoczeniem odnotowuje, że mój blond towarzysz mylnie interpretując moją reakcje. Nałożywszy mi uprzednio na ramiona swoją szarą bluzę, zasunął zamek pod samą szyje, starając się mnie uchronić tym samym od zimna. Zagłębiłam nos w miękkim materiale, a umiarkowany uśmiech rozświetla moją twarz.
Okrycie pachniało subtelnym zapachem perfum, i czymś innym, co bezprecedensowo kojarzyło mi się z nim. Ta był po prostu zapach Nialla. W pewien sposób wyjątkowy i w swoim rodzaju.

Siedzieliśmy w ciszy, ja wpatrzona w profil chłopaka, on- w cudowny zachód słońca. Obejmował mnie ramieniem, co jakiś czas upewniając się, że na pewno jest mi ciepło. Jego delikatne rysy twarzy dodawały mu uroku, wyglądał niemal jak chłopiec.
Siedzieliśmy tu już którąś z kolei godzinę, przez znaczną część czasu milczący, jednak udało mi się poznać kilka szczegółów z życia Nialla.
Urodził się w Mullingar, i przez większą część życia tam właśnie mieszkał, do czasu rozwodu swoich rodziców, bo po tym czasie przeprowadził się wraz z mamą i ojczymem na Florydę, zostawiając tym samym ojca i brata daleko, daleko stąd- w Irlandii.
Ja sama powiedziałam mu o domu dziecka, i Zaynie. Był cierpliwy i wyrozumiały, nie naciskał. Czekał cierpliwie, aż będę gotowa, a ja mu zaufałam.
- Na pewno nie jest ci zimno? - Spytał po raz kolejny tego wieczoru, pocierając lekko moje zziębnięte dłonie. - Jesteś zmarznięta, w dodatku robi się ciemno. Pojedźmy do mnie, teraz to i tak nie ma sensu. Nie chcę byś była przez to chora. Zajmiemy się tym jutro. - Namawiał, starając się brzmieć pogodnie, mimo to, jego głos wystarczająco zdradzał, jak bardzo się o mnie martwi.
- Jeszcze chwilę, proszę. - Wyjąkałam, opadając lekko na bok chłopaka. Byłam zmęczona, głodna, obolała i przede wszystkim zrezygnowana, ale nie mogłam się tak łatwo poddać, nie potrafiłam. Być może byłam naiwna, ale nadal liczyłam na cud. Jeszcze nigdy nie żałowałam tak bardzo żadnej swojej decyzji.
- Vanessa. - Zaczął, uważnie skanując moją twarz. - Nie oszukujmy się. Obydwoje dobrze wiemy, że dziś już nie wrócisz do domu. Dlaczego więc nie chcesz bym zabrał cię do siebie, gdzie będziesz mogła wziąść prysznic i choćby coś zjeść? Nie rozumiem tego. - Pokręcił z dezaprobatą głową, a ja skuliłam się pod naporem jego przenikliwego spojrzenia.
- Boje się Niall. - Wyszeptałam, a w moich oczach zaczęły gromadzić się pierwsze łzy. - Boje się, że gdy stąd pójdę, on już mnie nigdy nie znajdzie. - Mówię, starając się ignorować to, jak żałośnie i dziecinnie brzmię.
- Hej, proszę nie płacz. Przepraszam - Otarł wierzchem dłoni moje mokre policzki, w jego oczach dostrzegłam szczery smutek i skruchę. - Ja cię znalazłem. - Po chwili wahania dodał, zamykając mnie w szczelnym uścisku. Te słowa sprowokowały mnie do wypuszczenia jeszcze większego pokładu łez, a ten obcy mi chłopak, tak po prostu przy mnie był, oferując mi swoje wsparcie, nie oczekując niczego w zamian. Po chwili z nieba zaczęły spadać pierwsze krople zimnego deszczu, zwiastujące prawdziwą ulewę.
- Wracajmy do domu. - Mruknął mi do ucha, chwytając moją dłoń i ciągnąc w stronę ulicy. Nie miałam sił by protestować. Musiałam mu znowu zaufać.

Po dłuższej chwili znaleźliśmy się na ulicy, kierując się w stronę parkingu. Drżałam z zimna, obydwoje byliśmy mokrzy i zmarznięci, Niall zapewne bardziej, zważywszy, że oddał mi bluzę. Wchodząc za róg uderzyłam głową w pierś mężczyzny, który wyłonił się nagle, i praktycznie z nikąd wpadł na mnie. Złapał mnie za ramiona, powstrzymując moje wiotkie ciało przed upadkiem. Jego ruchy były ostre, ale nie agresywne, był rozkojarzony, na pewno nie pijany.
- Przepraszam. - Pisnęłam cicho, rozmasowywując dłonią głowę. Spojrzałam uspokajająco na Nialla, ledwo zauważając go przez ścianę deszczu.
- Nic się nie stało. - Mruknął mężczyzna, odsuwając mnie delikatnie na bok, torując sobie drogę. Podniosłam twarz w górę, by posłać mu kulturalny uśmiech, i sama odstąpić mu miejsca na wąskim chodniku, lecz w tym samym czasie moich uszu dobiegł mój własny pisk. Nawet mimo późnej pory i deszczowej pogody bez trudu rozpoznałam tą zwykle radosną twarz. Moje serce mimowolnie zabiło szybciej a wszystkie troski się ulotniły. Znałam tego mężczyznę w kapturze, ja naprawdę go znałam. I to nie była żadna fatamorgana, to był ON.
- Louis! - Krzyknęłam wspinając się na palce by wtulić się w tors szatyna. Z początku stał niepewnie, łącząc jeszcze fakty, lecz już po chwili jego twarz rozjaśnił wyraz ulgi i nieposkromionej radości. Zakręcił mną w powietrzu, całując uprzednio w głowę.
- Vanessa! O Mój Boże... to naprawdę ty. Jesteś cała? Wszystko dobrze? Na pewno nic ci nie jest?- Zasypał mnie pytaniami, nawet nie czekając na moją odpowiedź. Oparł swoje czoło o moje, próbując unormować oddech. - Nawet nie wiesz jak się martwiłem, jak my się martwiliśmy. Zayn był taki wściekły, chciał dzwonić na policje, i naprawdę, zrobiłby to, gdyby tylko mógł...
- Przepraszam, Lou. Nie chciałam żeby tak wyszło. - Sama nie wiem, kiedy zaczynam płakać.
- Ciii, to już bez znaczenia. - Szepta, całując mnie ponownie w głowę. Stoimy tak przez chwilę w ciszy, aż w końcu Louis dostrzega postać Nialla opierającą się leniwie o ścianę i przyglądającą nam się z nikłym zaciekawieniem.
- To jest Niall. - Chrząkam znacząco, starając się jakoś przełamać napiętą atmosfere, podczad gdy chłopacy mierzą się niechętnie wzrokiem. - Bardzo mi pomógł, i gdyby nie on to... nie wiem co bym zrobiła. - Przyznaje cicho, uśmiechając się nieśmiało do blondyna.
- Dzięki, że się nią zaopiekowałeś. - Burczy Lou, przyciągając mnie zaborczo do siebie, jakby to Niall był tu jakimkolwiek zagrożeniem. Mam wrażenie, że nie dotarło do niego to, co przed chwilą mu powiedziałam. - W każdym razie teraz już nie będziesz nam potrzebny.
- Jasne. Nie ma sprawy. - Syczy sucho, mierząc Lou pogardliwym spojrzeniem. Jego wzrok po chwili mięknie, natrafiając na moje kawowe tęczówki. - Trzymaj się mała. - Posłał mi delikatny uśmiech, po czym cofa się wstecz, nie czekając na moją reakcje. Nie wiem dlaczego, ale w moim gardle już formuuje się gula, a ja mam ochotę pobiec za nim i należycie mu podziękować. Nie zasłużył sobie na coś takiego, zwłaszcza po tym co dla mnie zrobił. Wiem, jestem pewna, że go zraniłam, ale nie mogę już nic z tym zrobić i pozostaje mi jedynie żyć z wyrzutami sumienia, bo jestem prawie pewna, że nigdy więcej go nie zobaczę. Nawet gdybym chciała rzucić się w pogoń za Niallem, to silne dłonie Lou skutecznie mi to uniemożliwiają. Pociągam nosem.
- Dziwny dzieciak. - Rzuca od niechcenia, przeczesując dłonią swoje mokre włosy. Nie odpowiadam nic na to, a w zamian pozwalam mu chwycić moją dłoń i pociągnąć w stronę dobrze już mi znanego czarnego auta należącego do szatyna. - Chodź, jedziemy do domu.

Przez całą drogę powrotną do domu moim ciałem wstrząsają ogromne dreszcze, jestem pewna, że mam gorączkę. Zawsze miałam słabą odporność i nawet nie muszę zgadywać jak bardzo będę chora jutro, bo odpowiedź zawsze będzie brzmieć- bardzo. Martwie się jak Niall się teraz czuje, był w samym t-shircie, a ja nadal mam jego bluzę.
Drugą część mojego mózgu zaprząta zupełnie inne zmartwienie, dosłownie wżerając się w moją i tak już bolącą głowę. Wiem, że muszę o to spytać. Im szybciej to zrobię, tym lepiej.
- Lou? - Szepczę, przykładając dłonie do kratek wentylacyjnych, by ogrzać nieco dłonie. Było mi zimno i gorąco jednocześnie. To zły znak. Chyba naprawdę będę chora.
- Tak, Ness? - Pyta, delikatnie odgarniając mi kosmyk włosów z twarzy. Patrzy na mnie z widoczną troską, nim powraca wzrokiem na pas jezdni. - Dobrze się czujesz?
- Tak, ja po prostu... chciałam o coś spytać. - Mruczę, niepewna czy naprawdę chce poznać prawdę.
- Pytaj o co chcesz. - Posyła mi zachęcający uśmiech, odwracając na chwilę twarz moją stronę.
- Uhm, a więc. Pamiętasz, wtedy, gdy mnie zauważyłeś, wspominałeś coś o tym, że Zayn jest zły. - Odczekuke chwilę, aż Lou potaknie, próbując sobie przypomnieć dany moment. - Jak bardzo jest zły? - Staram się brzmieć pewnie, jednak mój głos zdradza mnie na ostatnim wyrazie zdania. Załamuje się, nie pozostawiając żadmych złudzeń.
- Bardzo. Nie zdziwiłbym się, gdyby cię potraktował tak jak Perry. - Mówi, a ja odruchowo wstrzymuje powietrze, nie wierząc w to co słyszę. Nigdy wcześniej nie brałam pod uwagę tego, że konsekwencją mojej ucieczki może być taka reakcja Zayna, ale to jest prawdopodobne, a ja nawet nie kryje przerażenia.
- Hej, skarbie. - Lou, dostrzegając panikę w moich oczach, próbuje chwycić mnie za podbródek, ale odtrącam jego dłoń. Z jego ust wydobywa się głośne westchnięcie. - Żartowałem. Naprawdę tylko żartowałem. Przepraszam. - Widząc moją niepewną minę dodaje - Jeśli naprawdę boisz się jego reakcji, to wiedz, że będę tam z tobą i dopilnuje by nie stała ci się żadna krzywda. Ze mną nic ci nie grozi. - Mówi uspokajająco akurat w momencie, gdy wjeżdżamy na wielki podjazd.
Wychodzę z auta, moje nogi niebezpiecznie drżą i w tym momencie jestem wdzięczna Louisowi za jego silne ramiona. Podchodzimy do drzwi a ja niepewnie naciskam dzwonek.
Moje serce podchodzi do gardła, gdy drzwi otwierają się z łoskotem, ukazując postać Zayna. Jego twarz wykrzywia grymas gniewu i frustracji, tylko troche złagodzony przez wyraz ulgi. Zwężone oczy wpatrują się we mnie z morderczym błyskiem, a mocno zaciśnięte dłonie wzdłóż tłowia nie wróżą nic dobrego. Jego szczęka jest zbyt ściśnięta, by mógł od tak się do nas odezwać, więc tylko wskazuje głową wgłąb budynku.
Louis nie kłamał. Zayn był bardzo zły. Pytanie tylko, co to dla mnie oznaczało.




Hejj, i jak? :) Przepraszam, że tak długo czekaliście, ale moje prywatne problemy wymieszały się z tymi szkolnymi, i tymi wyższej natury- brak netu I jakos tak wyszło.
Jutro wszystko wypoprawiam, oboecuje! A na razie ide sie uczyc, piszcie... po prostu wszystko, co chcielibyscie mi powiedziec :p
zycze udanej nocy, pa ;*
+zaczynam pisac na wattpadzie, ta powiesc przenioslam dopiero hmm w 3/10 ale jesli chcecie xobaczyc to wpiszcie difficult love w wyszukiwarke i boom! Byloby mi milo, gdyby ktos wszedl :p
okej, to tyle, pa <3











wtorek, 10 lutego 2015

Rozdział 8


Przełykam głośno ślinę. W pomieszczeniu panuje głucha cisza. Odnoszę nieprzyjemne wrażenie, że każdy tylko czeka na moją reakcje.
- Jestem Vanessa. Miło mi cię poznać. - Kłamię, niezręcznie potrząsając dłonią blondynki. Z trudem hamuje mimike twarzy, gdy wyczuwam gorzki posmak alkoholu z ust dziewczyny. To takie przewidywalne.
- Oh, nie trudź się. Wiem, Kim jesteś. - Marszczę brwi, zbita z tropu. Gdyby wiedziała kim jestem, nie byłaby zła na Zayna. Raczej oczarowana jego szlachetnym postępkiem. Mulat zgodził się zaopiekować sierotą, to dla innych zawsze jest COŚ wielkiego. Blondynka puszcza moją dłoń, by wycelować we mnie palcem. - Doprawdy Zayn. To jest to dziecko, które masz niańczyć? - Pyta z drwiną w głosie, kolejny raz wywołując u mnie stan dezorientacji. Czuje się nieswojo, wręcz żałośnie gdy spogląda na mnie w ten protekcjonalny, oskarżycielski sposób. Patrzy na mnie z pogardą, nawet nie starając się ukryć, za jakie dno mnie ma. To tylko sprawia, że czuje się gorzej. - Wygląda zadziwiająco dojrzale, nie sądzisz? - Jej wzrok jest zamglony, pełen żalu. Dopiero teraz to dostrzegam. Wygląda, jakby bardzo cierpiała. Przez moment zastanawiam się, czy to przez Zayna, ale szybko przestaje. To nie jest moja sprawa. I tak  coraz bardziej się w tym wszystkim gubię, nie powinnam tego jeszcze bardziej komplikować.
- Perry, odpuść. - Warczy Mulat, przecierając dłonią twarz. Zachowuje się z rezerwą, błądząc obojętnym wzrokiem po blondynce. Mam ochotę się uśmiechnąć, to tak bardzo w jego stylu, zachowywać się w ten sposób.
- Nie Zayn. Bo kiedy ty mówisz mi, że z nami koniec, ponieważ musisz wychować jakąś małą, słodką dziewczynkę, ani słowem nie wspominasz, że ma ona co najmniej piętnaście lat! - Zabawna ironia. Jej twarz staje się coraz czerwieńsza, podczas gdy moja coraz bardziej blednie. Wymachuje dłońmi, a ja próbuje się powstrzymać od wodzenia wzrokiem za jej krwistoczerwonymi paznokciami, które jeszcze kilka sekund temu wbijała boleśnie w moje ciało. To działa jak płachta na byka.
- Skąd mogłem to wiedzieć, do cholery?! Joseph nigdy nie powiedział mi ile lat ma jego pieprzona córka. Dowiedziałem się o tym dopiero w domu dziecka. - Zayn podnosi głos, jest sfrustrowany. Naciska palcami nasade nosa, zabieg mający na celu pewnie uspokojenie go.
Gdy dociera do mnie gorzka prawda tych kilku prostych wyrazów moje serce staje w miejscu. Gula, powstała w moim gardle, utrudnia oddychanie. Mam wrażenie, że kurczę się w sobie, znikam. Zabolało mnie to bardziej, niż mogłabym przypuszczać.
Mały, nic nie warty śmieć. Oto, za co cie mają. - Krzyczy podświadomość.
Czuje mocny uścisk na ramieniu, palce Lou praktycznie wybijają się w moją skórę. Zastanawiam się, czy stara się uspokoić mnie, czy raczej siebie. Podnoszę głowę, by spojrzeć mu w oczy. Jest zdenerwowany a mimo to posyła mi pokrzepiające spojrzenie. On sam nie chce uczestniczyć w tej kłótni, jest tu chyba tylko dla mnie. Dzięki temu nie czuje się aż tak samotnie.
- Oczywiście, Zayn. Oczywiście. Nie wiedziałeś. - Głos Perry jest przesiąknięty sarkazmem. Opiera się z nonszalancją o stół. Odczuwam ukłócie zazdrości. Ma w sobie wdzięk, którego ja nigdy nie będę mieć. - Powiedz mi, już zacząłeś pieprzyć tą małą dziwke, czy może czekasz do dnia jej pełnoletności? - Krztusze się, słysząc te słowa. Jej wypowiedź jest przesiąknięta ironią i mimo chodź wiem, że są to nic nie znaczące słowa pijanej, zranionej dziewczyny robi mi się niewyobrażalnie przykro.
Zapada głucha cisza, słychać tylko nasze nierówne oddechy. Spodziewam się, że Mulat zaraz każe jej wyjść, lub sam ją z tąd wyrzuci, ale to co zaraz ma się stać nie mieści mi się w głowie. Ręka chłopaka z siłą uderza w policzek Perry, pozostawiając na jej gładkiej skórze czerwony ślad. Słyszę pisk a zaraz potem cichy szloch i jestem przekonana, że należy on do dziewczyny, póki nie słyszę głosu Lou nad uchem.
- Ciii, nic się nie stało Ness. Zasłużyła. - W tej chwili uświadamiam sobie dwie rzeczy. To mój płacz. Oraz to, że nie chce już stać w objęciach szatyna. "Zasłużyła sobie" brzmi tak nieludzko i nie na miejscu w tej sytuacji, że przez chwile mam wątpliwości czy ten z pozoru miły chłopak się nie przejęzyczył. Ale to jego słowa, a zdeterminowany wyraz twarzy tylko potwierdza fakt, że właśnie to na myśli miał Louis. Wzdrygam się i próbuje odsunąć, ale chłopak trzyma mnie mocno w talii. Po chwili odpuszczam.
- Nie waż się tak o niej mówić. - Ciszę przerywa głos Malika, jest zachrypnięty i brzmi w możliwie najbardziej złowieszczy sposób. Wzdrygam się na jego brzmienie. - A teraz wyjdź. - Kolejne słowa brzmią już normalnie, wręcz spokojnie. Dokładnie to cechuje jego postawę. Mieszanka znudzenia i obojętności.
- Chciałbyś być taki jak Joseph, ale nie dorastasz mu nawet do pięt. Wy nawet nie jesteście rodziną, prócz tego, że prawdopodobnie jej ojciec pieprzył twoją matkę. - Zauważa, pocierając lekko czerwony policzek. Na jej zmęczonej twarzy powoli zaczyna pojawiać się pierwsza opuchlizna. Szczęka Zayna zaciska się w sposób wręcz alarmujący o tym, jak bardzo jest wkurzony. Trafiła w jego słaby punkt i dobrze o tym wie. Nawet ja to zauważyłam. Ironiczny uśmiech znów zniekształca jej twarz, niczym maska. Nie zamierza odpuścić, a rosnący gniew Mulata przynosi jej satysfakcję.
Zaczynam drżeć z gniewu, gdy pojmuje w całości jej słowa. Ta obelga nie miała obrazić Zayna, była skierowana prosto we mnie. W moją rodzinę.
- Mój ojciec nigdy nie zdradził matki! - Krzyczę, nie panując nad szlochem. Ta sytuacja mnie przerasta, wydarzenia przytłaczają i jedyne czego pragnę to stąd wyjść. Gdyby nie Lou już dawno bym to zresztą zrobiła. Wszystko byleby tego nie słuchać.
- Oh, widzę, że nic jej nie powiedziałeś Zey. A to przecież taka ciekawa historia. Gdyby się to inaczej potoczyło, może moglibyście być taką przyszywaną rodzinką. - Chichocze. Przemawia przez nią zbyt wiele alkoholu, widzę to po jej coraz bardziej nieporadnych ruchach, oraz coraz bardziej plączącym się języku. Ledwo można rozróżnić poszczególne wyrazy. Spoglądam z żalem na Mulata. Jego dłonie trzęsą się w wymowny sposób. Furia przysłania mu kontrolę nad swoim ciałem.
- Nie powiedziałeś mi Czego? - Mój głos jest cichy, ale stanowczy. Nic z tego nie rozumiem. Byłam pewna, że jesteśmy rodziną. Potrzebuje natychmiastowych wyjaśnień, inaczej mój jedyny, trwały i zawsze pewny most runie. Zawsze wierzyłam, że miałam idealną, szczęśliwą rodzinę. Nie potrafię uwierzyć, że mogło być inaczej.
- Wypierdalaj. Słyszysz?! - Wstrzymuje oddech, gdy chłopak podchodzi do dziewczyny i łapie ją mocno za ramiona. Na miejscu Perry byłabym przerażona, ale na jej twarzy nie widać cienia strachu. Zastanawiam się, czy to przez alkohol, czy raczej przyzwyczajenie. - Wypierdalaj! - Ostatni raz krzyczy, nim siłą ciągnie ją za drzwi. Nie czekam co wydarzy się dalej, nie chce tego widzieć. Wyrywam się szatynowi z uścisku i biegnę jak najdalej stąd. Łzy moczą mój podkoszulek, ale zupełnie o to nie dbam, gdy zatrzaskuje za sobą zamek w łazience, bo tylko tam tak naprawdę mogę się zamknąć. Wkładam w  otwór klucz, na wszelki wypadek, gdyby Zayn miał zapasowy. Kładę się na zimnej posadzce, ignorując wołania chłopaka. Dobija się do drzwi, krzycząc moje imię. Naprawdę lubię Louisa, i nigdy nie chciałabym go celowo ignorować. Wiem, że robi to wszystko z zwykłej troski, ale w tej chwili mnie to nie obchodzi. Chcę tylko, żeby przestał pukać w te cholerne drzwi i wołać moje imię. Od hałasu zaczyna boleć mnie głowa. Po kilku minutach zrezygnowany odchodzi. Zastanawiam się nad tym, gdzie jest Zayn. Ciekawi mnie, ile czasu pozwoli mi spędzić w tej łazience, nim siłą wyważy zamek.
W myślach ciągle odtwarzam jeden i ten sam moment. Uderzył ją. W taki sam sposób może uderzyć i mnie. Nie mogę uwierzyć, że był w stanie to zrobić. Nawet jeśli mówiła to, co mówiła, i tak nie powinien podnieść na nią ręki. Jestem przerażona tym, co widziałam i nie potrafię przestać tego rozpamiętywać.
W tym momencie nie jestem w stanie nawet myśleć o tym, że prawdopodobnie to, w co wierzyłam przez całe moje życie, to złudne kłamstwo. Mój ojciec zdradził mamę. Z mamą Malika. Kim jest więc dla mnie Brunet, i czemu wziął mnie pod swoje skrzydła? W tej chwili nie potrafię uwierzyć w jego bezinteresowność. Nie potrafię uwierzyć już w nic. Coś musiało go do tego pchnąć. Zemsta, złość, żal. Cokolwiek, ale na pewno nie bezinteresowna pomoc. Jemu na mnie przecież nie zależy.
Nie czekam, aż Mulat wejdzie na górę. Nie chce go po tym wszystkim widzieć. Nawet jeśli zaszczyciłby mnie jakimikolwiek wyjaśnieniami, nic nie jest tego warte. Niewiele myśląc otwieram okno i  nieporadnie schodze w dół, raniąc nogę o ostry kant rynny. Wycieram stróżkę krwi o sweter i rozglądając się na boki, wybiegam na ulicę. Jedyne czego pragnę, to zniknąć. Nie dbam o to, co myślą o mnie ludzie, których mijam. Po prostu chce zniknąć, więc biegnę jak najdalej potrafię.




Okej, rozdział 8 za nami, paraparara!
Mam małe pytanko. Wolicie, gdy piszę w ten sposób, jak teraz, (w sensie czas teraźniejszy) czy raczej mam pisać tak, jak inne rozdziały dotychczas?  :p
Liczę, że pomożecie mi wybrać.
Piszcie jak wam się podoba, i co myślicie.
Ma jużm pomysł na następny rozdział,  taką mini wizję w głowie, i zaczynam pisać już dziś, więc następny na pewno pojawi się wcześniej :p
Tego oczywiście nie sprawdzałam, bo wydaje mi sie i tak kiepski, więc przyjmę słowa krytyki na klatę!
+ mały bonusik. W następnym rozdziale pojawi się nowa postać, zgadnijcie kto  ^^
Okej, więc do następnego.  Buziaki, pa!  :*
Aaa i jeszcze dziękuję za komentarze, kochaaam was za to, jak mili i wyrozumiali jesteście!
Możecie mnie też pytać na asku, to chyba naprawdę ostatnie, co chce wam powiedzieć.

30 kom=nowy rozdział